Spis treści
Brzydkie kaczątko stało się domem
Historia trochę jak z bajki. Dawna hydrofornia, której nikt nie chciał kupić, stała się pięknym domem. Kupiona za grosze, rozbudowana inteligentnie i ze sprytem, dziś jest miejscem życia szczęśliwej rodziny. Dzisiaj nikt niewtajemniczony nie zgadnie, że ten dom to adaptacja budynku gospodarczego.
Ta historia przeczy różnym popularnym sądom. Na przykład temu, że remontowanie starego domu będzie równie drogie, a nawet dwa razy droższe niż budowa domu od podstaw; że nie można prowadzić budowy na odległość; że pierwszy dom budujesz dla wroga, drugi dla przyjaciela, a dopiero trzeci dla siebie. Duża w tym zasługa inwestorów – Agnieszki i Patryka.
Życie w Anglii, narodziny córki i powrót po 10 latach
Rok 2015. Od trzech lat byli razem. Mieszkali w rodzinnych stronach na Żuławach. Agnieszka, świeżo po studiach ekonomicznych, szukała pracy. Patryk spełniał się jako animator sportu, trener na gminnym Orliku. Miał sukcesy. Rok wcześniej został laureatem ogólnopolskiego konkursu na Animatora Roku. Uroczystość odbyła się w Centrum Olimpijskim w Warszawie. Nagroda coś znaczyła; była mocnym argumentem, że droga życiowa jest słuszna. Gdyby nie mieszkanie...
– Nie mieliśmy wtedy szans nawet na zakup kawalerki – wspominają.
Pojawiła się opcja wyjazdu do Anglii. Szybko podjęli decyzję: jedziemy.
Patryk: – Start w Londynie był normalny, to znaczy bez dramatów, bez poniewierki. Mieliśmy oszczędności na pierwszy miesiąc, mieszkaliśmy u krewnej, po tygodniu zaczęliśmy pracować, szybko wynajęliśmy mieszkanie.
Agnieszka: – Ani przez chwilę nie przyszło nam na myśl, że zostajemy w Anglii na stałe, ale czas szybko leci i tak minęło 10 lat. Impulsem były narodziny córki. Kiedy Paulina dorastała do wieku szkolnego, bardzo chcieliśmy, by już w Polsce poszła do pierwszej klasy.
W Anglii dzieci zaczynają edukację w wieku czterech lat, więc kiedy Agnieszka i Patryk zaczęli finalizować powrót, córka była w trzeciej klasie szkoły angielskiej.
– Od wybuchu wojny w Ukrainie i epidemii koronawirusa życie w Anglii zaczęło się pogarszać – dopowiada Patryk. – Anglicy byli przyzwyczajeni do wysokiego standardu; kto pracował, tego w zasadzie było na wszystko stać. Teraz pracują, żeby przeżyć. Jest drożyzna, koszty wynajmu wzrosły nawet o czterysta procent.
Agnieszka: – Standard domów w Anglii jest inny niż w Polsce. Wynajmujesz nieruchomość wymagającą pilnego remontu, a płacisz fortunę. Jeśli coś pęknie albo pojawi się pleśń, właściciel przyklei listwę maskującą i będzie uważał, że jest naprawione. Ale gdy coś się zepsuje, to będzie – zazwyczaj – roszczeniowy wobec najemcy…
Trzeba to przeżyć, żeby dojść do wniosków, do jakich doszli Agnieszka i Patryk. Cofając się w kalendarzu: wrócili na stałe do Polski w 2025 r. W 2018 pojawiła się na świecie Paulina. W 2017 wzięli ślub. A w czerwcu 2016 r. wydarzyło się coś, co miało ukształtować przyszłość młodej rodziny znów na Żuławach.
Stara hydrofornia na Żuławach
W rodzinnych stronach w okolicy Elbląga była na sprzedaż hydrofornia. Stary budynek gospodarczy z płaskim dachem, kanałem pośrodku hali i wielkimi zbiornikami na zewnątrz. Wymiary obiektu to 11x6 m (62,2 m² powierzchni), na działce o powierzchni 700 m². W hydroforni kiedyś pracowały pompy sieci wodociągowej, w 2016 r. zakład komunalny wystawił budynek na sprzedaż. Chociaż cena była bardzo zachęcająca, bo wynosiła tylko 30 tys. zł, dwa przetargi zakończyły się niczym – brak chętnych. Aż wypatrzyli to miejsce Agnieszka i Patryk.
– To jedno ze szczęśliwych zdarzeń w naszym życiu – mówi Agnieszka. – Choć budynek przypominał betonowy bunkier ukryty w gąszczu krzaków, gdy go zobaczyłam, byłam pewna, że to jest świetne miejsce na dom. Pomyślałam też: ten budynek już stoi, adaptacja na pewno będzie tańsza niż budowa od podstaw. Gdy weszliśmy do środka, okazało się, że wnętrze jest naprawdę duże. Powiedziałam do Patryka: „My się już na tym parterze pomieścimy”. Od razu wiedziałam, gdzie będzie kuchnia, a gdzie wejście do domu.
W środku było sucho i chłodno mimo upału. Sąsiad, pan Franciszek, prowadził wtedy firmę budowlaną. Dokładnie obejrzał budynek i zawyrokował: – Chcecie zrobić z tego dom? Nie będzie żadnego problemu.
Na prośbę zainteresowanych zakład komunalny ogłosił trzeci przetarg. Jako jedyni chętni hydrofornię kupili Agnieszka i Patryk. W 2018 r. rozpoczęli budowę domu – na odległość.
Od hydroforni do domu. Zobacz, jak zmienił się „betonowy bunkier”
Jak hydrofornia stała się rodzinnym domem
Adaptacja hydroforni na dom mieszkalny okazała się zadaniem bez przykrych niespodzianek, a jeśli już – były to zaskoczenia pozytywne. Ściany o grubości pół metra okazały się zbrojone ze względu na drgania emitowane przez pracujące kiedyś pompy. Patryk: – Budynek był tak solidny, że – jak mówił nasz wykonawca – mógłby pełnić funkcję schronu. Stropodach – wydawało się, że będzie do wyburzenia, a okazał się bardzo solidnym stropem z płyt żerańskich. Nadawał się do adaptacji na strop w budynku z poddaszem użytkowym.
Agnieszka: – Zaczęliśmy szukać rozwiązań projektowych, które sprawią, że dom będzie prosty i nowoczesny. Prostota jest zawsze modna. Efekt, jaki chcieliśmy uzyskać, to klasyczna bryła domu, dwuspadowy dach i garaż dostawiony do bryły budynku.
Zaprojektowany dom z poddaszem użytkowym ma 136,8 m² powierzchni użytkowej. Nadal to ten sam obrys murów starej hydroforni plus poddasze użytkowe i garaż na jeden samochód – dobudowany z bloczków betonu komórkowego, ze stropem gęstożebrowym. Od strony ogrodu na tyłach garażu jest kotłownia. Okna w domu są dwuszybowe. Ocieplenie to 20 cm styropianu w części mieszkalnej i 15 cm na garażu. W połaci dachu 20 cm wełny.
A wnętrze? – Zastanawialiśmy się, czego potrzebujemy – opowiada Agnieszka. – Na pewno chcieliśmy mieć otwartą przestrzeń salonu, kuchnię, a obok duży stół w jadalni, bo lubimy gości. Wyjście na taras blisko kuchni. Wiatrołap, z którego można przejść do garażu. Schody maksymalnie dyskretnie ukryte w przestrzeni parteru. Na poddaszu sypialnia z garderobą, pokój dla córki, trzeci pokój i łazienka. Garaż na jeden samochód, z pomieszczeniem na kotłownię.
Na uwagę zasługuje też łazienka na parterze. Jest duża, z kabiną prysznicową. To świadoma decyzja inwestorów, by w domu mieć dwa pomieszczenia sanitarne z pełnym programem.
Jeszcze jeden element projektu wart uwagi: na poddaszu ścianka kolankowa ma 120 cm wysokości. Patrząc na ustawienie mebli przy ścianach, wydaje się, że to wymiar idealny – nie psuje ustawności pomieszczeń. Czy ścianka kolankowa nie zniekształciła bryły domu? Oceńcie sami. Dodajmy, że wysokość w świetle parteru to 2,65 cm, czyli minimum, by nie było za nisko. Podobnie na piętrze. A jeśli szukać pięty achillesowej rozwiązań projektowych Agnieszki i Patryka (z udziałem oczywiście projektanta), to słabym punktem może okazać się taras nad ogrzewanym garażem. Ułożona papa zaczęła pękać, a potem przeciekać.
Docelowo na tarasie została wykonana posadzka z gresu (klejonego na całej powierzchni), płytki są ułożone na hydroizolacji i warstwie ocieplenia. Na razie podłoga jest szczelna, nie ma pęknięć, ale miejsce jest trudne. Często na takich tarasach, poddawanych działaniu wody, mrozu i ciepła, od spodu dochodzi do pęknięć spoin, a potem przecieków.
I jeszcze jeden ciekawy wątek architektoniczno-budowlany. Zbrojone grube ściany budynku były nie lada wyzwaniem przy wykuwaniu otworów okiennych i drzwi. Od strony łąk dom nie ma ani jednego okna. To zaskoczenie. Agnieszka tłumaczy: – Po części wynikało to z niechęci do kolejnego kucia, ale też naszego przekonania, że będziemy wychodzić na taras i do ogrodu, a patrząc przez okno, widok na łąki szybko nam się znudzi.
i
Budowa z udziałem WhatsAppa
Budowa zaczęła się przed pandemią covid i był to kolejny łut szczęścia inwestorów.
Patryk: – Udało nam się zbudować dom wraz z umeblowaniem za 350 tys. zł. W czasie pandemii ceny rosły jak szalone. Gdybyśmy zaczęli budować później, kosztowałoby nas to na pewno dwa razy drożej. Budowaliśmy bez kredytu – to też ważne.
Inwestorzy byli w Londynie, budowę prowadził pan Franciszek, doglądał ojciec Patryka. A główną platformą kontaktu był WhatsApp.
– Ja byłam mózgiem, mąż dzwonił i załatwiał – żartuje Agnieszka.
Często przylatywali do Polski, omawiali etapy z wykonawcą. W budowie bardzo pomogła sąsiadka, pani Małgorzata, która wcześniej sama prowadziła rozbudowę domu. Wiele jej rad okazało się bezcennych. Przychodziła z wielkim segregatorem, sprawdzała adresy gdzie co kupiła, gdzie warto jechać. Na przykład doradziła, żeby kupić beton komórkowy i przechować w hurtowni. Tak zrobili – materiał czekał pół roku. Kupili bloczki po 9 zł za sztukę, a kiedy zaczęli budowę, bloczki były już po 12 zł!
Adaptacja i budowa przebiegały bezproblemowo. W 2021 r. dom był już w stanie, który możemy określić jako deweloperski i przez kolejne lata inwestorzy powoli wykańczali wnętrza.
Rewelacyjnie niski koszt budowy już znacie. Warto tu powiedzieć o kilku poważnych oszczędnościach, jakie wyniknęły z adaptacji hydroforni. Agnieszka i Patryk wyliczają:
– Strop z płyt żerańskich – zaoszczędziliśmy około 30 tys. zł, fundamenty – 40 tys. zł oszczędności, ściany hydroforni – minimum 30 tys. zł. Było już przyłącze prądu. Wystarczyło na nowo uzyskać umowę przyłączeniową.
Chociaż to hydrofornia, wody nie było. Zakład komunalny za wykonania przyłącza chciał jakąś horrendalną kwotę. Od czego spryt i kontakty? Praca wynajętej koparki kosztowała 90 zł, a rurę ułożył pan Franciszek. Zakład Komunalny i tak zarobił – 2000 zł za podpis i puszczenie wody.
Wybór ogrzewania domu? Patryk: – Zdecydowaliśmy się na kocioł na pelety z zasobnikiem o pojemności 200 l na ciepłą wodę użytkową. Spalanie to średnio 3,5 t peletu na rok. W całym budynku, zarówno na parterze, jak i na poddaszu, jest ogrzewanie podłogowe. W domu utrzymujemy temperaturę 22°C. Ogrzewanie sprawdza się i nie jest kłopotliwe w eksploatacji. W tak srogą zimę jak tegoroczna wychodzi półtora worka na dzień, czyli 15 kg granulatu, który trzeba wsypać do zasobnika.
Dodajmy, że budynek ma zapotrzebowanie na energię końcową na poziomie 83,6 kWh/(m².rok).
A potem żyli długo i szczęśliwie...
Nie tak dawno, bo w październiku 2025 r., była przeprowadzka i zamieszkanie w brzydkim kaczątku, które stało się pięknym domem. Paulina poszła do pierwszej klasy szkoły we wsi. Od 1 stycznia Patryk znów jest trenerem piłkarskim. Szkoli piłkarzy w gminnym klubie sportowym, klub jest stowarzyszeniem, grają w lidze warmińsko-mazurskiej. Patryk kieruje się życiowym mottem także w pracy trenerskiej: „Stawiam na proste rozwiązania”. Przyznacie, że ma to duży związek także z wybudowanym właśnie domem.
Agnieszka i Patryk tak podsumowują swoje doświadczenia: – Wróciliśmy i jesteśmy szczęśliwi.
– Trzeba wierzyć w swoje wybory i kierować się intuicją – mówi Agnieszka.
– Kiedyś dobra materialne były celem, dziś są tylko tłem dla naszego życia – dopowiada Patryk. Agnieszka: – Doceniamy to, co mamy. Wyjazd do Krynicy cieszy nas teraz tak, jakbyśmy jechali do Barcelony. Trzeba przeżyć, żeby doceniać…