Spis treści
- Ze sterty śmieci w Marczowie wyjrzał stary fortepian
- Dom w Pławnej – zadecydowała data na belce i balkon
- Siedemnaście lat remontu i dom, który stał się rajem
- Kupili młyn z 1937 roku. Okazało się, że ma prawie 400 lat
- Wiejski dom z loggią, który odsłonił swe tajemnice
- Dom kupiony spontanicznie, a ekipa zdobyta ciastem
- Najpierw był rysunek, potem pojawił się wymarzony dom
- Dom, który pojechał do Niemiec i wrócił kilka ulic dalej
- Stary dom, dachówka z odzysku i bajkowe schody, na które czekali trzy lata
- Miał być sprzedany, a stał się chlubą Wolimierza
Ze sterty śmieci w Marczowie wyjrzał stary fortepian
Julia i Grzegorz są dopiero na początku swojej remontowej drogi. Zanim kupili XIX-wieczny dom ryglowy w Marczowie, przez niemal rok oglądali podobne nieruchomości, zdobywali wiedzę i uczyli się na cudzych błędach. Decyzji nie podjęli wyłącznie pod wpływem emocji – jeszcze przed zakupem zaprosili fachowca specjalizującego się w ratowaniu starych budynków, a później zlecili wykonanie inwentaryzacji i oceny technicznej domu.
Na razie większość pracy polegała na sprzątaniu, zabezpieczaniu przecieków i dokładnym rozpoznawaniu konstrukcji. Wśród ton śmieci czekała jednak niespodzianka – stary, około 90-letni niemiecki fortepian firmy Rudolph Ibach i Syn. Był tak zasypany meblami i różnymi przedmiotami, że właściciele zauważyli go dopiero po miesiącu porządków.
Przed nimi remont dachu, ścian ryglowych i wnętrz, ale inwestorzy patrzą na całe przedsięwzięcie z optymizmem. Nie chcą działać szybko ani przypadkowo.
– Dajemy sobie pięć lat. Myślę, że to realny czas, żeby wszystko zrobić porządnie i po kolei – mówią. Docelowo dom ma odzyskać m.in. drewniany gont i zachować oryginalny układ konstrukcji. Nie będzie weekendową atrakcją ani pensjonatem, lecz miejscem, w którym Julia i Grzegorz chcą kiedyś zamieszkać na stałe.
Dom w Pławnej – zadecydowała data na belce i balkon
Kasia i Rafał trafili na dom w Pławnej trochę przypadkiem. Z zewnątrz wyglądał jak kolejna zaniedbana rudera, ale wystarczyło wejść do środka, by zobaczyć, że to miejsce ma wyjątkową historię. Na jednej z belek zachowała się data „ANNO 1674” – i właśnie wtedy, jak mówią właściciele, serca zabiły im mocniej.
Budynek przez lata niszczał, dlatego remont trzeba było zacząć od ratowania konstrukcji. Najpierw zabezpieczono dach, później szachulcowe piętro i niezwykły drewniany balkon, który jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów domu.
Podczas prac właściciele znaleźli także starą fotografię budynku, wykonaną około 1905 roku. Stała się dla nich ważną wskazówką, bo pokazuje, jak dom wyglądał przed późniejszymi przebudowami. Dzięki temu łatwiej odtworzyć jego dawny wygląd i nie zgubić tego, co w nim najcenniejsze.
– Najtrudniejszy jest niedobór wiedzy i fachowców, którzy naprawdę znają dawne technologie – przyznają Kasia i Rafał. Najwięksi spece mają pełne ręce roboty i trzeba czekać. Remont postępuje etapami i bez pośpiechu. To nie jest szybka renowacja, ale długie przywracanie domu do życia. Z zewnątrz dom już zachwyca i czaruje drewnianym rzeźbionym balkonem.
Siedemnaście lat remontu i dom, który stał się rajem
Kasia i Jacek kupili stary dom w Kowarach, choć przez rok bez opieki został niemal doszczętnie rozszabrowany. Zniknęły okna, drzwi i instalacje, a przez pełne śmieci wnętrze przepływała woda. Mimo to nie zrezygnowali. Urzekło ich położenie na skraju łąk, nad strumykiem, z widokiem na Karkonosze.
Remont trwa już 17 lat i w dużej części wykonują go samodzielnie. Nie chcieli przykrywać starej konstrukcji płytami gipsowo-kartonowymi ani zastępować jej przypadkowymi, nowoczesnymi rozwiązaniami. Szukali informacji w literaturze, oglądali podobne domy w okolicy i na podstawie zachowanych elementów próbowali odtworzyć ich pierwotny charakter. Jedno stare okno, a właściwie jego szprosy, stało się wzorem dla nowych.
Najtrudniejszym momentem było ratowanie zawilgoconej części zrębowej. Aby wymienić zniszczone belki, cały dom podniesiono za pomocą kolejowego podnośnika. Udało się nie tylko naprawić konstrukcję, ale też częściowo wyprostować budynek.
Dziś szczególną dumą właścicieli jest jasna weranda przypominająca wnętrze sudeckiego schroniska. Powstała z wykorzystaniem starego drewna, a fragmenty ponadstuletniego gontu trafiły na jej sufit. Remont wciąż nie jest skończony, ale Kasia i Jacek mogą już usiąść na werandzie i powiedzieć: – To jest nasz raj.
Kupili młyn z 1937 roku. Okazało się, że ma prawie 400 lat
Małgorzata i Jacek chcieli uratować stary sudecki dom, ale trafili na coś znacznie cenniejszego. Kupiony przez nich Dolny Młyn w Wojciechowie miał według dokumentów pochodzić z 1937 roku. Badania dendrochronologiczne wykazały jednak, że belki użyte do jego budowy wykonano z drzew ściętych w 1655 roku. Niewykluczone, że młyn jest jeszcze starszy.
Remont zaczęli od rozpadającej się stodoły, która sama okazała się zabytkiem z końca XVIII wieku. Po jej odnowieniu przez pewien czas właśnie tam mieszkali. Później przenieśli się do niewielkiej, ceglanej przybudówki przy młynie, podczas gdy w głównym budynku trwały kolejne prace.
Właściciele konsekwentnie przywracają obiektowi dawny wygląd. Odtworzyli łupkowy dach i dekoracyjne szczyty, zamówili okna wykonane według historycznych wzorów, stosują wapienne tynki oraz stare materiały z rozbiórek. Remont prowadzony jest pod opieką architektów i zgodnie z zaleceniami konserwatorskimi.
Najważniejsze jest jednak to, że zachowali cały zespół urządzeń młyńskich. Maszyny, z których część pochodzi z XIX wieku, zajmują aż cztery kondygnacje i tworzą niemal kompletną linię produkcyjną. Dzięki temu budynek pozostanie nie tylko domem, ale też żywym świadectwem dawnego młynarstwa, udostępnianym chętnym zwiedzającym.
Wiejski dom z loggią, który odsłonił swe tajemnice
Elżbieta i jej mąż zakochali się w domu w Twardocicach niemal od pierwszego spojrzenia. Najbardziej urzekła ich niewielka, szachulcowa loggia od strony ulicy. Dopiero później dowiedzieli się, że kupili około 300-letni dom przysłupowy, uznany za cenny przykład dawnej architektury regionu złotoryjskiego.
Z czasem remont przerodził się w prawdziwe śledztwo historyczne. Twardocice były ważnym miejscem dla szwenkfeldystów – wyznawców nauk Kaspara Schwenkfelda, którzy później wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Ich potomkowie do dziś odwiedzają wieś, a właściciele domu pomagają przywracać pamięć o tej społeczności.
Najbardziej niezwykłe znalezisko czekało w skrytce w suficie. Ukryto tam 18 zegarków, każdy osobno zawinięty w gazetę lub kartkę z książki. Dzięki kontaktom z potomkami szwenkfeldystów udało się ustalić, że należały prawdopodobnie do zegarmistrza Willego Wiedemanna, który po wojnie mieszkał w domu. Zegarki były najpewniej przedmiotami powierzonymi mu do naprawy i nigdy nieodebranymi przez właścicieli.
Dom ma być jednak czymś więcej niż prywatnym miejscem wypoczynku. Elżbieta i jej mąż chcą stworzyć w nim ośrodek kulturalny i edukacyjny, poświęcony historii regionu, szwenkfeldystom oraz polsko-niemieckiemu dziedzictwu Dolnego Śląska. Już dziś organizują spotkania i seminaria, a odnalezione przedmioty mają w przyszłości trafić na stałą ekspozycję.
Dom kupiony spontanicznie, a ekipa zdobyta ciastem
Marta i Przemek zakochali się w okolicach Lubomierza podczas jednego ze spacerów. Gdy dowiedzieli się o starym gospodarstwie w pobliskich Milęcicach, następnego dnia poszli je obejrzeć, a jeszcze tego samego popołudnia zdecydowali się na zakup. Transakcja też nie była zwyczajna – dom należał do ośmiorga rodzeństwa, a Marta jechała do notariusza pociągiem, z gotówką w plecaku. Kilka miesięcy później sprzedali dom w Warszawie i przenieśli całe swoje życie na Dolny Śląsk, pakując do samochodu głównie książki, obrazy i kwiaty.
Na początku planowali remontować budynek spokojnie przez wiele lat. Szybko jednak zrozumieli, że potrzebują miejsca do życia, pracy i przyjmowania gości. Kluczowa okazała się lokalna „ekipa marzeń”, na którą normalnie czekało się nawet dwa lata. Marta i Przemek nie zamierzali jednak czekać. Dowiadywali się, gdzie pracują fachowcy, przyjeżdżali do nich z gorącym ciastem, częstowali podczas przerwy i namawiali, by choć zajrzeli do ich domu. Sposób zadziałał, a remont wyraźnie przyspieszył.
Dziś Wietorówka jest nie tylko domem i miejscem noclegowym, ale także pracownią oraz przestrzenią spotkań artystycznych. Marta i Przemek, oboje związani z grafiką, chcą żyć blisko przyrody, tworzyć i jednocześnie działać dla regionu. Współpracują z lokalnymi artystami i instytucjami, przygotowują wystawy, szyldy oraz projekty inspirowane historią Lubomierza. Najważniejsze stało się dla nich nie tylko uratowanie starego domu, lecz także zbudowanie więzi z miejscem i jego mieszkańcami.
Najpierw był rysunek, potem pojawił się wymarzony dom
Kiedy Małgorzata Maszkiewicz była nastolatką, narysowała dom, jakiego nie znalazła w żadnym czasopiśmie. Kartkę przykleiła do swojej mapy marzeń, a później o niej zapomniała. Po latach okazało się, że bardzo podobny budynek naprawdę istnieje – przy ulicy Kołłątaja w Szklarskiej Porębie. Kamienno-drewniany dom przysłupowy od dawna przyciągał jej uwagę, aż w końcu udało się go kupić. – Ten dom mnie wybrał, a ja go sobie wymarzyłam – mówi właścicielka.
Za jego drzwiami czas jakby się zatrzymał. W środku zostały meble, sprzęty rolnicze, wyposażenie kuchni, pamiątki po dawnych mieszkańcach, a nawet nieużywane produkty z czasów PRL-u. Podczas remontu odnaleziono również fragmenty przedwojennych niemieckich gazet. Małgorzata, zawodowo związana z filmem, traktowała wnętrza niemal jak gotową scenografię i starała się zachować jak najwięcej śladów dawnego życia.
Remont przyniósł też przygodę, która mogła skończyć się bardzo źle. Gdy na strych wnoszono deski, właścicielka stanęła na spróchniałym stropie i przeleciała przez dwie kondygnacje. Na szczęście nie odniosła poważniejszych obrażeń. Później żartowała, że wpadła do swojego domu niczym Alicja do Krainy Czarów.
Dziś spełnione marzenie Małgorzaty jest nie tylko wygodnym domem, ale też jednym z najlepiej zachowanych przykładów tradycyjnej architektury sudeckiej. Jego remont zainspirował ją również do szerszej działalności na rzecz ratowania domów przysłupowych i przypominania o architektonicznym dziedzictwie regionu.
Dom, który pojechał do Niemiec i wrócił kilka ulic dalej
Historia zaczęła się podczas powodzi w Bogatyni w 2010 roku. Dom dziadków Beniamina Ziobry stał tuż nad Miedzianką. Przetrwał napór wody, ale rozmyty grunt i zapadnięta droga sprawiły, że konstrukcja zaczęła się rozpadać. Budynek przeznaczono do rozbiórki, jednak rodzina nie chciała pogodzić się z utratą miejsca, z którym była związana od pokoleń.
Zamiast wyburzenia wybrali translokację. Po dwóch latach formalności i starań dom został rozebrany element po elemencie. Każdą belkę oznaczono, a drewnianą konstrukcję przewieziono do warsztatu ciesielskiego w Niemczech. Tam elementy oczyszczono, naprawiono i uzupełniono, po czym wróciły do Bogatyni.
Nowe miejsce znaleziono zaledwie kilkaset metrów dalej, na bezpiecznym wzniesieniu przy ulicy Słowackiego. Najpierw wykonano współczesne fundamenty i piwnicę, a później cieśle ponownie złożyli zabytkowy szkielet.
Podczas budowy dziadkowie mieszkali w domku holenderskim ustawionym na działce i pilnowali, jak ich dawny dom powstaje na nowo. Ocalono wszystko, co nadawało się do ponownego użycia, między innymi belki, deski podłogowe oraz dwa oryginalne okna, które stały się wzorem dla pozostałej stolarki.
Dom pokonał tylko kilka przecznic, ale okrężną drogą przez granicę. Po odbudowie zaczęto go nazywać „Wędrowcem”.
Stary dom, dachówka z odzysku i bajkowe schody, na które czekali trzy lata
Marcela i Michał od początku chcieli remontować swoją kamieniczkę w Lubomierzu tak, by nie zatraciła dawnego charakteru. Szybko przekonali się jednak, że pośpiech przy starym domu zwykle źle się kończy. Dlatego zaczęli szukać fachowców znających tradycyjne rzemiosło oraz materiałów, które dobrze współpracują z wiekowymi murami: wapna, gliny, drewna, słomy i starej cegły.
Szczególną uwagę zwracają piękne drewniane okna wykonane według dawnych wzorów. We wnętrzach zastosowano także beton konopny, czyli mieszankę wapna i rozdrobnionych łodyg konopi. Wyrównuje on ściany, ociepla je i pozwala im odprowadzać wilgoć. W jednej z takich ścian ukryto ogrzewanie powierzchniowe, łącząc naturalny materiał z nowoczesną instalacją.
Ciekawe rozwiązanie zastosowano też na piętrze. Część stropu poddasza pozostawiono otwartą, a wysoko w połaci dachu zamontowano duże okna. Dzięki temu światło wpada przez poddasze do położonego niżej pomieszczenia, które wcześniej miało tylko niewielkie okno.
Prawdziwą ozdobą domu są jednak bajkowo zakręcone schody z wygiętą belką policzkową. Właściciele długo nie mogli znaleźć rzemieślnika, który wykonałby je zgodnie ze sztuką. Na odpowiedniego fachowca i gotową konstrukcję czekali w sumie około trzech lat. Efekt wynagrodził cierpliwość – schody wyglądają bardziej jak dzieło sztuki niż zwykły element komunikacji.
Miał być sprzedany, a stał się chlubą Wolimierza
Luiza i Jarek początkowo nie wiązali z domem w Wolimierzu większych planów. Odziedziczony budynek chcieli raczej uporządkować i sprzedać. Wszystko zmieniło się podczas pierwszych prac, gdy odkryli gliniane ściany, stare drewno i elementy dawnej konstrukcji. Zaproszony stolarz ocenił, że dom może mieć nawet 300 lat. Wtedy sprzedaż zeszła na dalszy plan, a pojawił się pomysł urządzenia tu choćby niewielkiej przystani. Z czasem właściciele całkowicie zakochali się w domu i rozpoczęli jego gruntowną renowację.
Remont prowadzą z ogromnym szacunkiem dla starej materii. Zachowali oryginalne okna, dawne okucia, drzwi i szerokie deski podłogowe, a uszkodzone drewno wykorzystują ponownie na parapety, półki czy listwy. Szczególne wrażenie robią podłogi z desek szerokich na ponad pół metra. Stolarz ocenił, że mogą mieć 200–300 lat. Drewno jest tak zwarte i twarde, że wkręty niemal nie chcą się w nie zagłębiać – właściciele żartują, że przypomina stal.
Dbałość o przeszłość nie oznacza jednak rezygnacji z wygody. W łazience zastosowano wodoodporny tadelakt, czyli polerowany tynk wapienny, a na parterze wykonano ogrzewanie podłogowe i posadzkę z ciętej cegły rozbiórkowej. Nowe okna oraz drzwi powstały na wzór dawnych, z wykorzystaniem tradycyjnych okuć i zamknięć.
W ten sposób dom zachował swój historyczny charakter, ale stał się też wygodnym miejscem do życia. Jest najlepiej zachowanym domem przysłupowym w Wolimierzu i powodem do dumy dla właścicieli.