„W bloku wytrzymałam półtora roku”. Trzy siostry i dom przysłupowy w Szklarskiej Porębie, który jest 80 lat w jednej rodzinie

Dziadek zamieszkał tu w 1946 roku. Później dorastała tu jego córka, a później jej dzieci. Dzisiaj w domu mieszkają jego trzy wnuczki - jedna mieszka tu na stałe, druga dzieli życie między domem i Cieplicami, trzecia ma swój kąt i przyjeżdża z pobliskich Piechowic.

Forum Ekonomiczne w Karpaczu I Borys Czarakcziew, prezes Krajowej Rady Izby Architektów RP

W środku wciąż są ponadstuletnie belki, poniemieckie drzwi, kamienna piwnica i stara szafa chlebowa. Są też nowe okna, łazienki i współczesne ogrzewanie. Bo żeby naprawdę mieszkać w starym domu przysłupowym, nie można go zamienić w muzeum – trzeba go stale naprawiać, a czasem zgodzić się na zmianę. - Nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej – mówi Zuzanna.

Dom trzech sióstr

Rodzinna historia tego domu zaczyna się tuż po wojnie. W 1946 roku zamieszkał w nim dziadek trzech sióstr, obecnych mieszkanek . Przyjechał na Dolny Śląsk po wojennych przejściach rodziny. Przez pewien czas dzielił budynek z Niemką, która jeszcze stąd nie wyjechała. Z czasem do domu dołączyli kolejni bliscy i to właśnie tutaj wychowywały się trzy siostry urodzone w latach 50.

W 2026 roku mija osiemdziesiąt lat od chwili, gdy dom znalazł się w rękach tej rodziny. Zmieniły się pokolenia, sposób życia i standard, ale sam budynek nadal jest wspólnym punktem spotkań, rozmów rodzinnych. Średnia z sióstr, Jadwiga, po ślubie wyprowadziła się do Cieplic i nie mieszkała tu około czterdziestu lat. Wróciła razem z mężem, pasjonatem gór i starych domów, który przy budynku wykonał wiele prac. Po jego śmierci została tutaj sama. Najmłodsza siostra przez kilka lat mieszkała w Szczecinie, dziś jest w pobliskich Piechowicach i w rodzinnym domu ma swój kąt. Trzecia dzieli czas między domem a mieszkaniem męża w Cieplicach.

Dom jest więc jednocześnie wspólny i podzielony. Na poddaszu są dwa mieszkania, na parterze jedno, zachowała się też wspólna kuchnia z kamienną przybudówką.

Zdradziłam dom, ale on mnie nie – przyjął mnie znowu

To był „ostatni dom” w Szklarskiej Porębie. Po przeciwnej stronie ulicy stoi jeszcze jeden dom przysłupowy, było w nim schronisko „Chatka Robaczka”, ale wjazd miał niżej. Dzisiaj są już nowi sąsiedzi, młode małżeństwo, które wybudowało nowoczesny… dom przysłupowy.

Kolonia domów przysłupowych leży na wysokości ponad 800 m n.p.m. Tutaj ulica przechodzi w górski leśny trakt. Kiedyś nie było tu łatwo. Do szkoły szło się prawie dwa kilometry, do sklepów jeszcze dalej. Zimą nikt regularnie nie odśnieżał drogi. Jeśli sąsiad zaprzągł konia do prowizorycznego lemiesza, było lepiej. Pierwszy wychodzący rano potrafił iść po kolana w śniegu, a na otwartych polach ślady szybko znikały.

– Ile się kiedyś napłakałam, że muszę brnąć przez zaspy do sklepu, do szkoły, wszędzie. Potem już było lepiej – wspomina Zuzanna.

Po ślubie mieszkała tu razem z mężem, ale w pewnym momencie on miał miał już dosyć. Gdy spadł śnieg, samochód trzeba było zostawiać dalej, a do domu przedzierać się pieszo. Zapadła decyzja o przeprowadzce do bloku.

– Wytrzymałam tam półtora roku – wspomina Zuzanna. – Powiedziałam: mam duży dom, wokół trzy hektary, więc albo większe mieszkanie, albo wracamy.

No i wrócili. Przestrzeń, cisza, łąki, widok na góry i las okazały się czymś, czego nie dało się zastąpić mieszkaniem w bloku.

Stary dom przysłupowy w Szklarskiej Porębie
Autor: Darek Jędrzejewski Stary dom przysłupowy w Szklarskiej Porębie

Kuchnia grzała dom, piekła ciasto i dawała ciepłą wodę

Dom przez większość swojego życia musiał sam zaspokajać codzienne potrzeby mieszkańców. W poszczególnych częściach powtarzał się prosty układ: kuchnia i pokój. W kuchni stał stalowy piecyk z płytami do gotowania, w pokoju niewysoki piec kaflowy. Nie ogrzewano wszystkiego bez przerwy. Jeśli w kuchni było ciepło, piec w pokoju rozpalano dopiero wieczorem, przed snem.

Na parterze funkcjonowała większa kuchnia z rozbudowanym piecem kaflowym. Było palenisko, żeliwne płyty i dwie komory, w których piekło się ciasto albo zostawiało obiad, żeby nie wystygł. Piec służył też do podgrzewania wody.

Co ciekawe, kiedy dziadek rodziny pojawił się w domu w 1946 roku, budynek miał już prąd, doprowadzoną wodę, a nawet linię telefoniczną. Telefon szybko zniknął, ale woda i energia zostały. W ziemi mają podobno wciąż leżeć stare rury pamiętające czasy przedwojenne.

Najpierw palono drewnem, później węglem kupowanym z zakładowego przydziału. Dziś każda część domu ma własne ogrzewanie. W jednej stoi niewielka koza, w drugiej większy kominek, na parterze kolejny. W kuchni jest nowszy biały piec kaflowy. Standard się zmienił, ale ogień nadal jest ważnym elementem funkcjonowania tego domu. To rodzinne ognisko, do którego rodzina lgnie nie tylko w czasie chłodów.

Pralnia z kotłem, wanna i drzwi prosto do obory

Stary dom pokazuje dawne strefy funkcjonalne i organizację codzienności. Z sieni można było wejść nie tylko na schody i do części mieszkalnej, lecz także bezpośrednio do obory. Dalej znajdowała się pralnia. Stał tam duży baniak obudowany cegłą, a pod nim palenisko. W baniaku gotowało się białe pranie.

Później pojawiła się metalowa wanna i mały piecyk do grzania wody. Tak wyglądała domowa łazienka, zanim w budynku urządzono współczesne pomieszczenia sanitarne. Jedną z nich zrobiono w miejscu starego pieca. To ważna część historii domu: jego mieszkańcy nie próbowali zachować wszystkiego za wszelką cenę. Zmieniali go wtedy, gdy wymagało tego życie.

Belki, stare drzwi i szafa… chlebowa

Największą wartością budynku jest to, że wciąż można w nim dotknąć elementów mających kilkadziesiąt, a w części i ponad sto lat. W drewnianej części zachowały się masywne belki i konstrukcja przysłupowa. Na zewnątrz nadal widać drewniany rytm słupów, belek, pionowych desek i węższych listew zasłaniających łączenia. To nie dekoracja dodana przy remoncie, lecz autentyczne elementy domu, które pochodzą na pewno jeszcze z XIX w.

Bardzo stary jest również dach. Według rodzinnej wiedzy blacha na rąbek została położona jeszcze przed 1945 rokiem, prawdopodobnie w latach 30., na wcześniejszym drewnianym pokryciu z gontów. Na najwyższym poziomie strychu widać dawne drewniane elementy, a prowadzą tam równie stare schody.

Blacha przetrwała tyle lat nie dlatego, że była niezniszczalna. Co kilka lub kilkanaście lat była czyszczona i malowana. Jedna z sióstr robiła to jeszcze niedawno samodzielnie.

Zachowały się oryginalne drzwi do stajni i stodoły, zbite z desek i wzmocnione krzyżowo. Ich oprawą są bardzo stare kamienne ościeża wykonane z piaskowca. W części mieszkalnej zostały również poniemieckie drzwi wewnętrzne, niektóre z oryginalnymi szybkami. Nie są idealnie proste i właśnie po tym widać ich wiek.

Jest kamienna piwnica, nie zagłębiona całkiem w ziemi, zbudowana z polnych kamieni. Przechowywano w niej ziemniaki i węgiel. Stoi tam także niezwykła pamiątka – stara szafa chlebowa z półkami i otworami wentylacyjnymi w drzwiach.

„Okna musieliśmy wymienić”

To była chyba największa zmiana. Stare skrzynkowe konstrukcje były już tak zniszczone i nieszczelne, że „wiatr hulał”. Najpierw wymieniono okna na dole, później kolejne. Dziś w domu są współczesne okna z tworzywa. Owszem nawiązują podziałami i kształtami do oryginalnych, ale...

- Ta decyzja kiedyś podyktowana rozsądkiem i niejako wymuszona przez życie dzisiaj budzi moje coraz większe wątpliwości. Mam stały kontakt ze środowiskiem dolnośląskich ruinersów i wiem, ze niektórzy z nich teraz robią co mogą, aby remontowane przez nich domy miały, jeśli nie oryginały to przynajmniej kopie, choć w części nawiązujące do tradycyjnej stolarki. Coraz częściej myślę o wymianie i powrocie do okien drewnianych wzorowanych na tych, które tu mieliśmy. Widziałam takie realizacje w innych domach i wiem, jak wiele zmieniają w wyglądzie domu. Cóż, Problemem jest cena – żali się Zuzanna.

Podobnie było z drzwiami wejściowymi do części mieszkalnej.

- Stare mocno się wypaczyły, więc szwagier kupił kiedyś gotowe drzwi w markecie. Są stylizowane, ale ja od początku nie mogłam do nich przywyknąć. Dzisiaj myślę o zastąpieniu ich drewnianymi, wykonanymi specjalnie do tego domu – mówi Zuzanna.

Dom przysłupowy Szklarska Poręba
Autor: Darek Jędrzejewski Stary dom przysłupowy Szklarska Poręba

Ten dom nie jest muzeum

Zuzanna nie udaje jednak, że ochrona starego domu polega na zatrzymaniu go w czasie i jednej epoce.

- Przecież jeszcze przedwojenni mieszkańcy przebudowywali dom, dodawali kolejne rozwiązania i dostosowywali go do swoich potrzeb. Jeden komin pojawia się na wcześniejszych zdjęciach, drugi został dobudowany później. Zmieniała się funkcja pomieszczeń. Powstawały nowe instalacje. To nie jest kościół Pokoju w Jaworze czy Świdnicy, który ma trwać dokładnie w określonej formie – mówi. – Normalni ludzie też mają bardzo wartościowe obiekty, w których mieszkają - dodaje.

Dlatego jej zdaniem najważniejsze jest znalezienie równowagi. Dom ma pozostać domem: ciepłym, wygodnym i możliwym do utrzymania. Ale każda wymiana powinna być przemyślana, bo raz wyrzuconych starych drzwi, okien czy belek nie da się później naprawdę odzyskać.

Pojawiła się nadzieja na możliwość powrotu do starych elementów. Dzięki inicjatywie Stowarzyszenia Dom Kołodzieja, Doliny Domów Przysłupowych oraz współpracy z dr Elżbiety Rdzawskiej-Augustin i studentami Politechniki Śląskiej została przeprowadzona inwentaryzacja domu (w sumie w Szklarskiej Porębie w tym roku zinwentaryzowano cztery domy przysłupowe). Wykonano szczegółową dokumentację architektoniczną, pomiary, skanowanie 3D oraz zanalizowano unikatowe konstrukcje i stan ich zachowania. Wyniki będą udostępnione właścicielom i mogą posłużyć do formalnego ubiegania się o status zabytku i wynikające z tego możliwości pozyskania dotacji na przyszłe remonty. – Nigdy się o to nie staraliśmy, ale w sumie to dziwne, że nasz stary dom nie znalazł się nigdy w rejestrze zabytków. Widocznie mieszkamy zbyt wysoko i trudno tutaj dotrzeć – uśmiecha się Zuzanna.

Remont na okrągło

Po śmierci ojca w 2009 roku siostry zaczęły bardziej systematycznie porządkować i odnawiać budynek. Około 2010–2011 roku wypiaskowano kamienne fragmenty wejścia, które przez lata były bielone, a później malowane. Drewno jest regularnie skrobane i zabezpieczane. Dach jest regularnie odnawiany, naprawiany – warunki atmosferyczne w tym miejscu należą do ekstremalnych. W kamiennej przybudówce dziś trzeba wykonać nowe spoiny. Za chwilę pojawi się kolejna praca.

- Nasz stary dom przetrwał tyle lat dzięki wysiłkowi nas wszystkich. Dziadek dbał, rodzice dbali i my też dbamy, bo zaniechanie jakiegoś remontu to potem dwa a może trzy razy więcej roboty, a o wydatkach to nie wspomnę – mówi Zuzanna. Te dziesiątki mniejszych interwencji wykonywanych wtedy, kiedy były potrzebne to właśnie klucz do przetrwania.

Dzisiaj właścicielki korzystają z większej wiedzy niż ich rodzice. Są książki, instrukcje, grupy skupiające ludzi ratujących stare domy, można znaleźć rzemieślników i porównać materiały.

– Kolejne malowanie mamy już zaplanowane i zrobimy to na pewno tak, jak zalecają nasi przyjaciele, którzy zajmują się renowacją na co dzień. Dobierzemy nie tylko kolor, ale i najbardziej odpowiednie dla naszego starego drewna materiały – mówi Zuzanna.

To miejsce może mieć i 300 lat!

Lokalna pasjonatka dawnych map i fotografii sprawdziła numer działki i oceniła, że siedlisko w tym miejscu mogło istnieć już około 1690 roku. To fascynująca wskazówka, ale na razie nie dowód, że cały obecny budynek pochodzi z końca XVII wieku.

Więcej może powiedzieć wykonana niedawno inwentaryzacja. Studenci dokładnie mierzyli dom, oglądali strych i konstrukcję. Rodzina czeka na opracowanie. Dopiero ono może pomóc ustalić wiek poszczególnych części – kamiennej piwnicy, belek czy kolejnych faz rozbudowy.

Właścicielka rozważa wpis do rejestru zabytków. Liczy, że pełna dokumentacja ułatwi podjęcie decyzji. – To byłyby nowe wymagania, ale otworzą drogę do wsparcia kosztownych prac. To przecież nasz dom – kończy rozmowę Zuzanna.

Dom trwa, ale rodzina nie żyje już tak jak dawniej. Dzieci trzech sióstr wyjechały: jedne do Warszawy, inne do Anglii, część rodziny mieszka w Danii. Pojawiło się już piąte pokolenie. – Mój dziadek urodził się w 1880 roku, a jego najmłodsza praprawnuczka – 132 lata później.

To pokazuje skalę czasu, którą trudno odczuć w nowym domu. Tutaj jedna rodzina przez osiemdziesiąt lat dopisywała kolejną warstwę do budynku, który jest jeszcze starszy. Zmieniali piece, wymieniali okna, malowali blachę i belki. Ale nadal otwierają te same drzwi, schodzą do tej samej kamiennej piwnicy i patrzą na te same łąki.

Murowane starcie
Prawdziwa cegła czy imitacje? MUROWANE STARCIE