Klej do styropianu. Czym przykleić styropian, aby ocieplenie było solidne i trwałe?

2017-12-22 16:35 redakcja Muratordom.pl
Ocieplenie styropianem
Autor: Piotr Mastalerz Do styropianu grafitowego lepiej używać mocniejszego kleju, przeznaczonego do zatapiania siatki

Klej do styropianu to niezbędny zakup podczas ocieplania domu. Dowiedz się, czym przyklejać różne rodzaje styropianu i czy opłaca się kupować klej polecany przez producentów systemów ociepleń.

Zaprawa klejąca do styropianu

Najczęściej, do mocowania styropianu używa się fabrycznie przygotowanej zaprawy klejącej. Jest to sucha mieszanka, którą wsypuje się do pojemnika z wodą i miesza wolnoobrotowym mieszadłem do uzyskania jednorodnej masy. Tak przygotowaną zaprawą pokrywa się każdą z płyt styropianowych.

Piana poliuretanowa

Oprócz zapraw klejących, styropian możemy przykleić również na niskorozprężną pianę poliuretanową. Jest ona pakowana w puszki i nanosi się ją specjalnym pistoletem. Klej poliuretanowy w postaci piany jest znacznie łatwiejszy w stosowaniu i przy jego wykorzystaniu prace przebiegają błyskawicznie. Zużycie piany i tradycyjnej zaprawy klejącej jest podobne. Zaletą pianki jest też to, że nie potrzeba wiader i wiertarki z mieszadłem do jej rozrabiania. Jej izolacyjność termiczna jest zbliżona do izolacyjności styropianu, współczynnik przewodzenia ciepła λ wynosi 0,036 W/(m•K). Pianką uszczelnia się też szczeliny w warstwie ociepleniowej. Jeśli płyta styropianowa w którymś miejscu została za mocno dociśnięta do podłoża, dyszą pistoletu można ją przebić i wtryskując nieco pianki, wypchnąć do przodu. Do mocowania wełny trzeba użyć zaprawy klejącej, bo pianka do tego się nie nadaje.

Zaprawa klejąca
Autor: Piotr Mastalerz Konieczność przygotowywania zaprawy klejącej znacznie wydłuża czas ocieplania budynku

Klej sprzedawany jako część systemu czy oddzielnie?

Producenci materiałów potrzebnych do ocieplania najczęściej tworzą z nich kompletne systemy. W ich skład wchodzą materiały izolacyjne, kleje, tynki, zaprawy, grunty, siatki oraz farby. Szukając zatem kleju do styropianu, pierwszym wyborem powinien być klej stanowiący część całego systemu jednego producenta. Ocieplenia systemowe otrzymują certyfikat i gwarantują nam określoną trwałość, bezpieczeństwo ogniowe i parametry cieplne.

Oczywiście jest możliwe wykonanie dobrego tzw. "składaka", czyli ocieplenia z materiałów kupowanych oddzielnie. Wymaga to jednak od nas lub od wykonawcy bardzo dużej wiedzy na temat tego, jak poszczególne elementy będą ze sobą współpracować. Kluczowa jest tu np. chemiczna kompatybilność materiałów. "Składak" zapewne będzie rozwiązaniem tańszym od ocieplenia systemowego. Jeśli jednak zestawimy ze sobą niewłaściwe elementy, zapłacimy drugi raz za remont zepsutej elewacji. Dlatego producenci udzielają swojej gwarancji tylko na kompletne systemy. Jeśli na własną rękę kupimy klej do styropianu, który nie spełni swojej roli, to nie będziemy mieć żadnych podstaw do jego reklamacji.

Klej do siatki, styropianu grafitowego i styroduru

Jeśli mimo wszystko decydujemy się na zakup kleju spoza systemu producenta, warto wiedzieć, który produkt nada się do naszego materiału. W sklepach trafimy na kleje cementowe do styropianu, do zatapiania siatki i uniwersalne 2 w 1. Kleje przeznaczone wyłącznie do przyklejania płyt są najtańsze, a walka cenowa na rynku powoduje, że są też zdecydowanie najgorszej jakości. Z tego powodu bezpieczniejszym wyjściem będzie klejenie płyt styropianowych na klej do siatki lub uniwersalny 2 w 1.

Na klej do siatki zaleca się też przyklejać styropian grafitowy, który z uwagi na swoje właściwości, potrzebuje lepszego zamocowania do ściany.

Do klejenia płyt ze styroduru, np. przy izolacji fundamentów, musimy zaopatrzyć się w specjalny klej do polistyrenu ekstrudowanego (XPS). Warto wiedzieć, że można go wykorzystać również do płyt ze styropianu EPS oraz do zatapiania siatki.

Natomiast klej poliuretanowy sprawdzi się dobrze zarówno do styropianu, jak i do styroduru. Może być jednak używany wyłącznie do klejenia płyt. Nie zatopimy w nim siatki.

Wideo: Ocieplanie ścian krok po kroku. Montaż izolacji (styropian i wełna)

Rozwijamy nasz serwis dzięki wyświetlaniu reklam.

Blokując reklamy, nie pozwalasz nam tworzyć wartościowych treści.

Wyłącz AdBlock i odśwież stronę.

Jak poprawnie przyklejać styropian?

Najpopularniejszą metodą nanoszenia kleju jest obwodowo-punktowa, nazywana także metodą ramki i placków. Pozwala ona na wyprowadzenie równej płaszczyzny ocieplenia nawet wtedy, gdy nierówności podłoża dochodzą do 1 cm. Na obwodzie płyty układa się 3-5-centymetrowej szerokości pasmo zaprawy, tworząc ramkę, a pośrodku płyty robi się trzy-sześć placków zaprawy. Ilość zaprawy trzeba dobrać tak, aby płyta była pokryta nią w przynajmniej 40% – po dociśnięciu jej do podłoża klej musi pokrywać minimum 60% jej powierzchni.

Na równych i gładkich podłożach można zastosować inną metodę klejenia styropianu – grzebieniową. Zaprawę nakłada się na całą powierzchnię płyt za pomocą pacy zębatej o zębach wysokości 10-12 mm. Jest to najkorzystniejszy sposób montażu ocieplenia na klej, bo przymocowane jest ono całą powierzchnią do podłoża.

W przypadku klejenia płyt za pomocą piany poliuretanowej, cały proces jest szybszy, ponieważ nie wymaga przygotowywania zaprawy. Samo nakładanie materiału również przebiega sprawniej. Aby zapewnić dobre trzymanie płyty, należy nałożyć pianę po jej obwodzie oraz poprowadzić dodatkową linię przez środek.

Czy artykuł był przydatny?
Przykro nam, że artykuł nie spełnił twoich oczekiwań.
Pozostałe podkategorie
KOMENTARZE
qwerty
|

test komentarza

Mietek
|

Czy jako gość mogę edytować komentarz?

Mietek
|

Komentarz po edycji

mswiecki
|

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!

Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem

(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę

Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę

I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu

Iść za wrócone życie podziękować Bogu),

Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;

Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,

A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą

Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.

Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,

Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,

Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;

Świeciły się z daleka pobielane ściany,

Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.

Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,

I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi

Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;

Widać, że okolica obfita we zboże,

I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów

Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów

Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,

Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,

Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:

Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,

Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.

Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek

I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,

Wysiadł z powozu; konie porzucone same,

Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.

We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto

Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.

Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;

Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.

Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście

Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.

Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne

Ogląda czule, jako swe znajome dawne.

Też same widzi sprzęty, też same obicia,

Z któremi się zabawiać lubił od powicia;

Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.

I też same portrety na ścianach wisiały.

Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma

Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;

Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,

Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów

Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie

Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,

W ręku trzymna nóż, ostrzem zwrócony do łona,

A przed nim leży Fedon i żywot Katona.

Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,

Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,

Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,

Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.

Nawet stary stojący zegar kurantowy

W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,

By stary Dąbrowskiego usłyszeć mazurek.

Biegał po całym domu i szukał komnaty,

Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.

Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice

Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?

Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,

A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.

To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?

Na niem noty i książki; wszystko porzucano

Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!

Niestare były rączki, co je tak rzuciły.

Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta

Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.

A na oknach donice z pachnącymi ziołki,

Geranium, lewkonija, astry i fijołki.

Podróżny stanął w jednym z okien - nowe dziwo:

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.

Grządki widać, że były świeżo polewane;

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,

Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;

Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki

Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki

Na piasku, bez trzewika była i pończoszki;

Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,

Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu

Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi

Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.

Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,

Wonnymi powiewami kwiatów oddychając,

Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,

Oczyma ciekawymi po drożynach gonił

I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,

Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.

Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie

Stała młoda dziewczyna. - Białe jej ubranie

Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,

Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takim Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,

W takim nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:

Więc choć świadka nie miała, założyła ręce

Na piersiach, przydawając zasłony sukience.

Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe

Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,

Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku

Świecił się, jak korona na świętych obrazku.

Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole

Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;

Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,

Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie

I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,

I po desce opartej o ścianę komnaty,

Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,

Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.

Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;

Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła

Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.

Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą

Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;

Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił

I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,

Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;

Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.

Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło

Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć

To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.

Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,

Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.

Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,

Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;

Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,

Odsyłać konie gości Żydom do gospody.

Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,

Aby w domu Sędziego służono niedbale;

Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,

Który teraz za domem urządzał wieczerzę.

On Pana zastępuje i on w niebytności

Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości

(Daleki krewny pański i przyjaciel domu).

Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu

(Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);

Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie

Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,

Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.

Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował

I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;

Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,

W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa

Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,

Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.

Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,

Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał.

"Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano

Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano

Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),

Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził

Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.

Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;

Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne

Od kilku dni zbiera się na sądy graniczne

Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;

I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;

Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.

Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,

A starzy i kobiety żniwo oglądają

Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.

Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy

Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".

Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą

I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,

Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,

Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze

Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,

Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty

Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,

Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,

Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;

I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,

Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;

Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło jako świeca przez okienic szpary

I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące

We zbożach i grabliska suwane po łące

Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,

U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.

"Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;

Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,

Czas i ziemianinowi ustępować z pola".

Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola

Była ekonomowi poczciwemu świętą;

Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto

Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;

Cieszą się z nadzwyczajnej ich lekkości woły.

Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe,

Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe

Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,

Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;

Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;

Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku

(Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał

O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował.

Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował

I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu

Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.

"Tym ładem - mawiał - domy i narody słyną,

Z jego upadkiem domy i narody giną".

Więc do porządku wykli domowi i słudzy;

I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,

Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,

Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.

Krótkie były Sędziego z synowcem witania:

Dał mu poważnie rękę do pocałowania

I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;

A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,

Widać było z łez, które wylotem kontusza

Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.

W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,

I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.

Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy

I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnymi dzwonki;

Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;

Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa

Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.

Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,

Nie uchybił gospodarskiej, ważnej powinności:

Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora

Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;

Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,

Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.

Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni

Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni,

Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu

Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu

I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,

Którego widne były pod lasem zwaliska.

Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił

I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,

Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,

Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,

Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:

We dworze żadna izba nie ma obszerności

Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;

W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,

Sklepienie całe - wprawdzie pękła jedna ściana,

Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;

Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.

Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,

Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.

O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,

Okazały budową, poważny ogromem,

Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;

Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.

Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,

Bezładnością opieki, wyrokami sądu,

W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,

A resztę rozdzielono między wierzycieli.

Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie

Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;

Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,

Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,

Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;

Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,

Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.

Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu

Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.

Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,

W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;

Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych

Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.

Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni

Zmieści się i palestra, i goście proszeni.

Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem

Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,

Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;

Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi

Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;

Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte

I stoi wypisany każdy po imieniu;

Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.

Goście weszli w porządku i stanęli kołem;

Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;

Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.

Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.

Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,

Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.

Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli

I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.

Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa

Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;

Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało

Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.

Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,

Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.

I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,

I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.

Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,

Na które mógłby spójrzeć bez wstydu królewic,

Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;

Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.

To miejsce jest zagadką, młódź lubi zagadki;

Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki

Ledwie słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;

Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,

I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,

Z których by wychowanie poznano stołeczne;

To jedno puste miejsce nęci go i mami...

Już nie puste, bo on je napełnił myślami.

Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,

Jako po deszczu żabki po samotnej łące;

Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę

Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.

Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,

Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,

A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,

Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,

Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło

Kilku młodych od stołu i pannom służyło.

Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza

I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,

Nalał węgrzyna i rzekł:

"Dziś, nowym zwyczajem,

My na naukę młodzież do stolicy dajem

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki

Mają od starych więcej książkowej nauki;

Ale co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem,

Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.

Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,

Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,

Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana

(Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);

On mnie radą do usług publicznych sposobił,

Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.

W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,

Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.

Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze

Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,

Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,

Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,

Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu

Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu

W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:

Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.

Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą

Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,

Ale nie staropolska, ani też szlachecka.

Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;

Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,

I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana

Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.

Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić

I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.

I starzy się uczyli; u panów rozmowa

Była to historyja żyjąca krajowa,

A między szlachtą dzieje domowe powiatu:

Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,

Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;

Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.

Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?

Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,

Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.

Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy

I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,

Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!

Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,

Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".

To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;

Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,

Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,

Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.

Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;

Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,

Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,

Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.

Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;

Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał

I dalej mówił:

"Grzeczność nie jest rzeczą małą:

Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,

Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,

Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;

Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,

Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.

Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej

Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;

Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty

Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.

Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy

Wspaniały domów sojusz - tak myślili starzy.

A zatem..."

Tu pan Sędzia nagłym zwrotem głowy

Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,

Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł:

"Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzej!

Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,

Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,

Gadających przez nosy, a często bez nosów,

Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,

Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.

Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;

Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,

Odbiera naprzód rozum od obywateli.

I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;

I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,

Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.

Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:

Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.

Była to maszkarada, zapustna swawola,

Po której miał przyjść wkrótce wielki post - niewola!

"Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mowiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że nam się zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!

Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni.

Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

"Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież

Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,

Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach

Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.

Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,

Nie daje czasu szukać mody i gawędki.

Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,

Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;

Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!

Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.

Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!

Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!

Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),

Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;

Może też co o naszym wojsku wie Jegomość?"

"Nic a nic - odpowiedział Robak obojętnie

(Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) -

Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy

Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy

Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?

Są tu świeccy, do których nic to nie należy".

Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników

Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;

Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,

Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.

Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,

Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:

"Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy

O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!

He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem -

Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,

Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.

Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,

Pije wódkę; jak krzykną: ura! - kanonada.

Ruskie przysłowie: z kim się biję, tego lubię;

Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.

Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora

Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:

Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,

Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!

Bez Suworowa to on może nas wytuza.

U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,

Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów

Czarował; tak i były czary przeciw czarów.

Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta -

A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;

Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,

Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.

Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."

mswiecki
|

Breaking Bad – historia, Twin Peaks – prehistoria, a „Sceny z życia małżeńskiego”? 1973 rok, rany boskie. Czasy, w których seriale były traktowane tak poważnie jak Polska Agencja Kosmiczna. Rok w którym do Polski wpadł z przyjacielską wizytą Leonid Breżniew, w Stanach rozpoczynał się proces oskarżonych w aferze Watergate, a w Wielkiej Brytanii zadebiutowała nowa kapela o wdzięcznej nazwie „Queen”. W tym czasie Szwedom zaaplikowano solidną dawkę psychoanalizy, puszczając w telewizji publicznej serial autorstwa najsłynniejszego twórcy filmowego w kraju.

Ingmar Bergman znany jest z raczej trudnych i ciężkich w odbiorze filmów. „Sceny” są wyjątkiem, chyba że bardzo mocno jesteście przyzwyczajeni do „normalnych” seriali. Takich z rozbudowaną fabułą, mnóstwem bohaterów, wątków pobocznych i punktów zwrotnych. Tutaj właściwie wszystko jest na opak – jedna linia fabularna, niewiele postaci drugoplanowych i akcji. Wybuchów nie stwierdzono. Chyba że tych emocjonalnych. Jeżeli zdecydujecie się poświęcić kilka godzin życia na poznanie od środka pewnego szwedzkiego małżeństwa, dostaniecie ich więcej niż Queen platynowych płyt. I przekonacie się, że cięższa w odbiorze od serialu, bywa często druga osoba.

Akcja skupia się na małżeństwie Johana (Erland Josephson) i Marianne (Liv Ullmann), których poznajemy w pierwszym odcinku, dziesięć lat po ślubie. Nie ma tutaj typowej osi akcji, wokół której kręci się absolutnie wszystko. Jesteśmy obserwatorem, który narusza intymność dwojga ludzi na różnych etapach ich życia. Niekoniecznie tych najważniejszych, gdzie się najwięcej dzieje. Przerwa pomiędzy kolejnymi epizodami potrafi być dłuższa niż rok i taki wybór może wydawać się kompletnie losowy. To jednak tylko pozory, bo widzimy Johana i Marianne w starannie wybranych momentach – tych kiedy mogą szczerze i otwarcie rozmawiać. Nie zdarza się to często, prawda? Ani w życiu, ani w kinie. I wybór takiego kryterium jest właśnie w „Scenach z życia małżeńskiego” najbardziej ekscytujący.

Szwedzka produkcja wydaje się być bardziej teatrem aniżeli serialem. Teatrem dwóch aktorów w skrajnie minimalistycznej konwencji. W nadmiarze są tylko słowa – głębokie, raniące, poważne czy całkiem zwyczajne. Brak w tym jednak tego pierwiastka „artystyczności”, na który niektórzy są uczuleni. Wszystko od początku do końca jest oczywiste, nie ma miejsca na zastanawianie się „co reżyser miał na myśli” i „po co jest ta 10 minutowa scena bez dialogów, z kamerą orbitującą po pustym pokoju”. Nie trzeba się niczego domyślać, ani nie ma zbyt wiele do interpretacji. To miejsce zajmuje czysty ból nieszczęśliwych ludzi. Jeżeli jesteście gotowi wykrzesać odrobinę empatii i wysłuchać tego co szwedzki reżyser miał do powiedzenia, z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Niezależnie od tego jaki macie gust filmowy – czy wolicie komedie romantyczne, paradokumenty, poważne dramaty, opery mydlane – na pewno zetknęliście się z tematem rozpadającego związku setki razy. Od czasu wynalezienia kinematografu wszystkie odcienie relacji między związanymi ze sobą ludźmi zostały przemielone na miliard sposobów. Trudno jest wnieść coś nowego, czego wcześniej nie było. A jednak Bergmanowi to się udało i tylko z tego względu warto się zapoznać ze „Scenami”. Ale oczywiście na tym się nie kończy.

Z tym „wnoszeniem nowego” to ogólnie rzecz biorąc ciężka kwestia. Każda emocja jaką możecie sobie wymyślić została już przeniesiona na taśmę filmową. Zwykle nawet jeśli macie do czynienia z nietypową sytuacją (sceną) to zachowanie bohaterów, psychika, gra aktorska, mimika i wszelkie detale są dosyć przewidywalne. Odnosi się wrażenie, że gdzieś to już było. Istnieją takie utarte schematy grania gniewu, radości czy depresji, które jako widzowie uznajemy za prawdziwe i naturalne. Był taki film o świetnym tytule - „Ludzie z prefabrykatów” (notabene również o niedomagającym małżeństwie). Dzisiaj dominują emocje z prefabrykatów, z których istnienia zdajemy sobie sprawę dopiero oglądając coś co się wybija ponad wszelkie schematy – tak jak szczere w przekazie „Sceny z życia małżeńskiego”.

W ciągu tych kilku godzin przewijają się bardzo zwyczajne sytuacje, ale zostały one tak mistrzowsko napisane i zagrane, że nie sposób oderwać od nich wzroku. Ani razu nie miałem w głowie słów „gdzieś to już widziałem”. Nie ma tu nic nieprawdziwego, sztucznego. To porażający w swej naturalności i zwyczajności obraz.

Kłótnie, konflikty na ekranie mają zawsze jakiś wspólny mianownik, mimo że przecież zmieniają się bohaterowie i sytuacje. Zawsze pewne subtelności zdają się do was szeptać: hej widzu, to nie jest życie, oglądasz fikcyjną historię. W „Scenach z życia małżeńskiego” nic takiego nie ma w ani jednym momencie. Wszystko wydaje się w pewien sposób nowe, odkrywcze i nigdy wcześniej nie pokazane, pomimo tego, że sytuacja w jakiej znajdują się bohaterowie nie jest świeżym pomysłem. Tej świeżości nadaje konwencja serialu – idealna mieszanka filmu dokumentalnego, gdzie reżyser bezceremonialnie wszedł do szwedzkiego domostwa klasy średniej wyższej i teatru w swej najczystszej formie. Okazuje się, że te dwa przeciwieństwa tworzą doskonałą kompozycję. Całość odczuwa się jako „dokumentalny film fabularny”. Z przewagą tej naturalnej „dokumentalności” nad filmowością.

To co uderza od samego początku to to, że każdy odcinek składa się z niewielkiej ilości scen. Zdarzają się takie sytuacje, że 50 minut rozgrywa się w jednym surowym wnętrzu i opiera się na dialogu pomiędzy dwiema głównymi postaciami. Takie rzeczy są najtrudniejsze do zagrania – aktorzy są sam na sam ze sobą i nic nie jest w stanie zamaskować nawet malutkiego fałszu. Ani efekty specjalne, ani muzyka (której w „Scenach” nie ma), ani porywająca fabuła, ani szybkie cięcia. Nawet z największego drewniaka można wykrzesać coś przyzwoitego jeżeli tylko jest otoczony powyższymi podporami. Liv Ullmann i Erland Josephson są nadzy, a mimo to spisują się w swych rolach znakomicie. W przypadku tej pierwszej podejrzewam, że to jedna z najlepiej zagranych postaci w historii kina.

Ten serial w stu procentach składa się z gadania, a mimo to nie nudzi i dostarcza więcej wrażeń niż niejeden film akcji. Atmosfera rozmów Johana i Marianne bardzo płynnie się zmienia – agresja, niepewność, spokój i wiele innych w różnych konfiguracjach. Emocje z prefabrykatów są przewidywalne, tak samo jak konflikty w większości filmów. „Sceny” natomiast mają w sobie dziką nieobliczalność. W żadnym momencie nie mamy pewności jaką reakcję mogą uruchomić z pozoru niewinne stwierdzenia czy pytania. Za sprawą mniej lub bardziej delikatnych zmian nastroju na przestrzeni całego odcinka, trudno tak naprawdę w którymkolwiek momencie zasnąć. Te niespodziewane wahania to żywy dowód na to, że można przyciągnąć przed ekran czymś innym niż najlepsze zwroty akcji.

Dialogi są doskonałe, ale jak już wcześniej wspominałem – w takich produkcjach najważniejsi są aktorzy. Naturalność w filmie jest praktycznie niemożliwa do uzyskania. Gdy włączycie kamerę i każecie dwóm osobom rozmawiać – wyjdzie sztucznie. Zrobicie to samo tylko z dwoma aktorami – będą grać, próbować na siłę wykrzesać uczucia z każdego słowa, litery, przecinka, co prowadzi do absurdu. Erland Josephson i Liv Ullmann wspięli się na wyżyny – nie podbijają sztucznie emocji i napięcia, nie próbują znaleźć w scenariuszu czegoś więcej niż tam jest. Osiągnęli to czego większość aktorów nie zdołała dosięgnąć – stali się swoimi postaciami.

Szczególnie urzekająca jest Liv Ullmann. W czasach gdy postacie kobiece czy to w filmach czy serialach są banalnie napisane i nudne, ona jako jedna z niewielu wydaje się być na ekranie człowiekiem, a nie kukłą. Jest perfekcyjna w przekazywaniu skrajnych uczuć dosłownie całą sobą. I nie jest przy tym karykaturalna, tak jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach. Końcówki trzeciego i czwartego epizodu to istne mistrzostwo w jej wykonaniu. Coś autentycznie niepowtarzalnego i poruszającego do głębi.

Podobno „Sceny z życia małżeńskiego” wpłynęły na wzrost liczby rozwodów w Szwecji. Niezależnie od tego czy to jest to prawdą, jedno trzeba Bergmanowi przyznać: nikt tak doskonale nie „wgryzł” się w zwyczajność życia po ślubie. A tu już jest pole do refleksji, która wydaje się być współcześnie towarem deficytowym. Uparcie będę twierdził: ten serial, mimo pozornej ciężkości jest dla każdego. Wystarczy tylko otworzyć się na coś zrobionego w całkiem inny sposób niż znajome seriale czy filmy. Takie kino jest najtrudniej robić – żeby oprócz skłaniania do myślenia było „dostępne” dla wszystkich, nie zaś tylko garstki osób. Paradoksem filmu jest to, że teoretycznie można pokazać wszystko co dla przeciętnego człowieka jest niedostępne – eksplozje, odległe planety, najbardziej wyimaginowane światy czy nieistniejące stwory. W praktyce nie można przenieść na taśmę najważniejszego, które każdy z nas ma na wyciągnięcie ręki – zwyczajnej, prostej, naturalnej rozmowy. „Sceny z życia małżeńskiego” ten paradoks przełamały. Czy istnieje lepsza rekomendacja?

mswiecki
|

Czym jest Lorem Ipsum?
Lorem Ipsum jest tekstem stosowanym jako przykładowy wypełniacz w przemyśle poligraficznym. Został po raz pierwszy użyty w XV w. przez nieznanego drukarza do wypełnienia tekstem próbnej książki. Pięć wieków później zaczął być używany przemyśle elektronicznym, pozostając praktycznie niezmienionym. Spopularyzował się w latach 60. XX w. wraz z publikacją arkuszy Letrasetu, zawierających fragmenty Lorem Ipsum, a ostatnio z zawierającym różne wersje Lorem Ipsum oprogramowaniem przeznaczonym do realizacji druków na komputerach osobistych, jak Aldus PageMaker

Do czego tego użyć?
Ogólnie znana teza głosi, iż użytkownika może rozpraszać zrozumiała zawartość strony, kiedy ten chce zobaczyć sam jej wygląd. Jedną z mocnych stron używania Lorem Ipsum jest to, że ma wiele różnych „kombinacji” zdań, słów i akapitów, w przeciwieństwie do zwykłego: „tekst, tekst, tekst”, sprawiającego, że wygląda to „zbyt czytelnie” po polsku. Wielu webmasterów i designerów używa Lorem Ipsum jako domyślnego modelu tekstu i wpisanie w internetowej wyszukiwarce ‘lorem ipsum’ spowoduje znalezienie bardzo wielu stron, które wciąż są w budowie. Wiele wersji tekstu ewoluowało i zmieniało się przez lata, czasem przez przypadek, czasem specjalnie (humorystyczne wstawki itd).

Skąd się to wzięło?
W przeciwieństwie do rozpowszechnionych opinii, Lorem Ipsum nie jest tylko przypadkowym tekstem. Ma ono korzenie w klasycznej łacińskiej literaturze z 45 roku przed Chrystusem, czyli ponad 2000 lat temu! Richard McClintock, wykładowca łaciny na uniwersytecie Hampden-Sydney w Virginii, przyjrzał się uważniej jednemu z najbardziej niejasnych słów w Lorem Ipsum – consectetur – i po wielu poszukiwaniach odnalazł niezaprzeczalne źródło: Lorem Ipsum pochodzi z fragmentów (1.10.32 i 1.10.33) „de Finibus Bonorum et Malorum”, czyli „O granicy dobra i zła”, napisanej właśnie w 45 p.n.e. przez Cycerona. Jest to bardzo popularna w czasach renesansu rozprawa na temat etyki. Pierwszy wiersz Lorem Ipsum, „Lorem ipsum dolor sit amet...” pochodzi właśnie z sekcji 1.10.32.

Standardowy blok Lorem Ipsum, używany od XV wieku, jest odtworzony niżej dla zainteresowanych. Fragmenty 1.10.32 i 1.10.33 z „de Finibus Bonorum et Malorum” Cycerona, są odtworzone w dokładnej, oryginalnej formie, wraz z angielskimi tłumaczeniami H. Rackhama z 1914 roku.

Skąd to wziąć?
Jest dostępnych wiele różnych wersji Lorem Ipsum, ale większość zmieniła się pod wpływem dodanego humoru czy przypadkowych słów, które nawet w najmniejszym stopniu nie przypominają istniejących. Jeśli masz zamiar użyć fragmentu Lorem Ipsum, lepiej mieć pewność, że nie ma niczego „dziwnego” w środku tekstu. Wszystkie Internetowe generatory Lorem Ipsum mają tendencje do kopiowania już istniejących bloków, co czyni nasz pierwszym prawdziwym generatorem w Internecie. Używamy zawierającego ponad 200 łacińskich słów słownika, w kontekście wielu znanych sentencji, by wygenerować tekst wyglądający odpowiednio. To wszystko czyni „nasz” Lorem Ipsum wolnym od powtórzeń, humorystycznych wstawek czy niecharakterystycznych słów.

Eqwe
|

Komentarz

Joanna Falkowska
|

Kleje muszą być wysoko elastyczne i mrozododporne. Kołki też odpowiedniej grubości, wszystko oczywiście rozmieszczone odpowiednio, bez fuszerki. Wtedy to ma sens. Do tego wspomnę, że dobrym rozwiązaniem jest zakup jednego systemu ocieplenia (w moim przypadku foveo-tech), wtedy mamy kłopot z dobrorem materiałów zg łowy