Kłopot był z drewnianą chałupą... Dziesięć lat stała pusta. Kiedy Ewa i Zbigniew Zaporowscy przyjeżdżali z Lublina, noc spędzona w niej nie była przyjemna. Nie czuli się bezpieczni i nie było to ich miejsce do życia. Wiele razy ze zgrozą odkrywali ślady kolejnego włamania. W środku zapach stęchlizny, chłód. Palili starymi meblami; w ogień poszły rzeźbione ramy łóżek, stary fotel jakby ze dworu – wszystko mocno zniszczone, przetarte, z sitkiem dziurek w spękanym drewnie.
Przyjeżdżali na wieś, bo mieli pomysł na wielkie pieniądze. Obsadzili aronią pola wokół domu, dokupili jeszcze ziemi – powstał aroniowy sad. Raz nie obrodziło, innego roku najem ludzi pochłonął znaczną część przychodów. Wielkie pieniądze nie przychodziły, a na podwórku okolonym budynkami gospodarczymi i spichlerzem pachniały cztery lipy posadzone przed wojną przez dziadka Ewy. W kotlinie u podstawy działki zbierała się mgła. Nie mogli tego klimatu nie odczuć.
W 1993 roku zaczęli – jak mówią – „poprawiać” stary dom. – Żeby się nie zawaliło. Na wsi akurat prowadzono inwestycje. Skorzystali – doprowadzili wodę, gaz, założyli telefon. Rozebrali piec chlebowy i na jego miejscu urządzili łazienkę. Już było bardziej po miejsku. A później? Niczego nie planowali, wszystko wyszło samo, tak naturalnie jak zakwitały lipy na podwórku: – Będziemy dalej remontować chałupę...
Wkrótce oddali w dzierżawę aroniowe pola, wzięli kredyt hipoteczny i każdy wolny dzień, weekend, urlop – do pracy.
– Zatrudniacie ekipę do remontu? – pytali znajomi, patrząc z podejrzliwością na postępujące zauroczenie.
– Nie! Wszystko robimy sami, synowie pomagają. Zdziwienie: – Sami?!
Właśnie tak, powoli, nie licząc czasu, nie żałując zmęczenia, poświęcając każdą wolną chwilę – od lat.
Ogień wymienił dach
W połowie lat 60., jeszcze za życia dziadków, w chałupie wybuchł pożar. W pokoju od strony zachodniej był sklep i to tam nocą pokazał się ogień. Płomień dostał się na dach, a eternit trzaskał, jakby przez wieś pędziło stado koni. Na szczęście mieszkańcy i sąsiedzi zalali skutecznie zarzewie wodą, podali wiadra wyżej i ugasili ogień. Więźba i pokrycie dachu nadawały się do wymiany, a część zachodnia domu do remontu. Wtedy zdjęto eternit i ułożono dachówkę cementową. Po prawie 40 latach Ewa i Zbyszek wspominali tę historię, planując wymianę pokrycia. Więźba była jeszcze w bardzo dobrym stanie, wystarczyło zdjąć starą dachówkę i ułożyć – jak zamierzali – łaty i grafitową blachodachówkę. Do tego zadania wezwali dekarzy. Zakres umówionych prac obejmował też dobudowę lukarny (doświetlającej przyszły hol na poddaszu) i zamontowanie dwóch okien dachowych (w planowanych pokoju i łazience) oraz wymianę okien szczytowych na nowe.
Wszystko zostało zrobione, jak należy, choć nie obyło się bez kłopotów. Okazało się, że dach i kalenica są przesunięte względem osi domu – tak jakby wiatr zepchnął czapkę na czoło. Trzeba było zręcznie zamaskować brak proporcji, wydłużając jedną z połaci.
Dach od wewnątrz został ocieplony warstwą 15 cm wełny mineralnej, a po przybiciu łat w poprzek krokwi dołożono jeszcze 5 cm docieplenia połaci i tych belek.
Archeologia stropu i podłogi
Do kolejnych prac przystąpili sami, w małżeńsko-rodzinnym tandemie. Pierwszy był fundament. Ewa i Zbyszek z synami okopywali dom metr po metrze – odkryli mur z cegieł o głębokości 80 cm. Oczyścili ściany fundamentowe, otynkowali, posmarowali lepikiem na gorąco i przyłożyli do ścian papę. Kiedy później układali w domu podłogi, od strony wnętrza ocieplili fundament warstwą styropianu i zabezpieczyli go folią.
Dom jest w połowie podpiwniczony. Z piwnicy wychodzą dwa okienka, przez które kiedyś wrzucano ziemniaki na zimę. Okna dostarczały też powietrza. Małżonkowie z radością stwierdzili, że pomieszczenie jest suche. Zrobili też inne odkrycie – pod dębowymi podwalinami ścian ułożono kiedyś izolację z papy. Ktoś dbał o chałupę...
Ewa i Zbyszek czuli się jak archeolodzy: – Poruszamy się wśród zabytków, odkrywamy cenne znaleziska. Strop w chałupie z nieużytkowym strychem to dopiero była archeologia. Wypełnienie między belkami składało się z 10-centymetrowej polepy z gliny
i słomy – sprasowana masa, która ważyła kilka ton. Mogły tam też być skarby schowane kiedyś przez poprzednich mieszkańców, a potem zapomniane. Ale były też odchody myszy, zgromadzony przez lata kurz.
– Wydłubywaliśmy tę glinę łopatkami do wiaderka, na lince spuszczaliśmy na parter i dalej przed dom. Całą jesień się mozoliliśmy. Jedno napełniało wiadro, drugie wynosiło – i tak na zmianę. Aż wreszcie zostały już tylko belki stropowe i podbitka z desek.
Zbyszek z myślą o poddaszu użytkowym zadecydował, że belki stropowe należy zagęścić. Zamówił kantówki o takim samym rozmiarze co stare – 11 x 8 cm. Odstęp między belkami wynosi teraz 55 cm. Belki są podparte na murłatach i środkowej ścianie nośnej. Między belkami stropu ułożyli wełnę mineralną, na poddaszu jest podłoga z desek sosnowych. Rok później poddasze zostało podzielone na pomieszczenia, a ściany wyłożone od strony wnętrza płytami gipsowo-kartonowymi. W ten sposób strych stał się mieszkalny. Ewa i Zbyszek wytyczyli tam dwa pokoje, dużą łazienkę i spory hol przy schodach. Znalazło się też miejsce na garderobę. Dodajmy, że płyty gipsowo-kartonowe są na metalowym stelażu z zapasem na osiadanie ścian – takie rozwiązanie wybrali, wiedząc, że drewniany dom nawet po latach pracuje, a płyty gipsowo-kartonowe montowane na sztywno zaczęłyby pękać.
Od desek do paneli
Przyszła kolej na podłogę parteru. Dotychczasowe kontakty z podłogą były... zimne – spod desek ciągnęło chłodem. Ułożono je kiedyś na legarach bezpośrednio na piasku. Małżonkowie zaordynowali zdjęcie desek, usunięcie starych legarów i 25 cm gruntu. Ziemia pod podłogą była przeryta i przemielona przez gryzonie – to pierwszy widok po zdjęciu desek. Drugi to odkrycie wewnątrz murów ogromnego głazu, który służył jako fundament dla komina, pieca i kuchenki z płytą grzewczą. – Kamień niczym serce domu – mówi z uśmiechem Ewa.
Wybrali więc piasek i ułożyli: 15 cm chudego betonu, folię budowlaną, następnie 10 cm styropianu, 5 cm wylewki betonowej zbrojonej siatką. Wykonali dylatację wokół fundamentu. Na takim równym podłożu położyli panele podłogowe.
Panele? A nie deski? Tak właśnie został wytyczony nowy kierunek w drugim życiu domu. Zbigniew: – Nie chcieliśmy przesadzić z drewnem. Na zewnątrz drewniane oszalowanie, więc wewnątrz niech będzie dość nowoczesne wnętrze z małą ilością elementów drewnianych.
Walka z mrozem
Kiedy jeszcze dom stał opuszczony, temperatura wewnątrz spadała zimą poniżej zera. Gdy mieszkańcy przyjeżdżali na dłuższy pobyt, musieli przez trzy dni intensywnie palić, żeby mróz wyszedł ze ścian i podłogi. Pamiętając o tych doświadczeniach, tak zaprojektowali instalację wodną, żeby nie było żadnej rury biegnącej poziomo – wszystkie ułożone są ze spadkiem, a w najniższym punkcie jest zawór spustowy – żeby w łatwy sposób spuszczać wodę przed powrotem do Lublina. Kiedy wieś się zgazyfikowała i na ścianie chałupy Ewy i Zbyszka pojawiła się żółta skrzynka, problem ogrzewania w czasie nieobecności mieszkańców został rozwiązany. Nie trzeba już spuszczać wody z instalacji. Centralne ogrzewanie jest na parterze – rury biegną od kotła gazowego z łazienki do grzejników – są ułożone w przerwach dylatacyjnych w wylewce betonowej. Na poddaszu ogrzewanie elektryczne albo grzejniki olejowe, a głównym źródłem ciepła będzie ogrzane powietrze z kominka na parterze. Ciepło rozprowadzi turbina – wyloty znajdują się w każdym z pomieszczeń na górze.
Zbigniew: – Dlaczego nie zdecydowaliśmy się na grzejniki na poddaszu? Nie bardzo wiedzieliśmy, jak rozprowadzić rurki, skoro miały biec przez belki stropowe. Rozważaliśmy przewiercanie się przez każdą, ale w końcu zrezygnowaliśmy. Zimą, gdy nikogo nie ma w domu, kocioł utrzymuje w budynku stałą temperaturę 70oC. Nie ma już problemu z przemarzaniem, bo i od podłogi nie ciągnie chłodem. Koszt gazu – 600 zł na sezon grzewczy – to niewiele za tak duży komfort jak niezmrożony dom.
Ściany dla fakira
Dom zbudowany z 7-centymetrowych bali wymagał ocieplenia. Decyzja zapadła: ocieplenie z zewnątrz. Zbigniew: – Wiedzieliśmy, że nie uda się odsłonić bali w takim stanie, by mogły być zewnętrzną elewacją domu. Nie chcieliśmy też ocieplać od wewnątrz, bo zgodnie ze sztuką budowania kożuch zakładamy na koszulę, a nie pod...
Chałupa była oszalowana. Deski przez lata sczerniały, popękały, wypaczyły się. Zaczęli od zdjęcia starego szalunku. Deski skrzypiały na pordzewiałych gwoździach i kurzyło się okropnie, bo między ścianą z bali a deskami wsypano kiedyś i ubito trociny. Tak przed wojną ocieplano domy. Na oczyszczonej ścianie z bali pozostało sitko dziurek po gwoździach. Ale było i pozytywne odkrycie. Ewa: – Drewno było zdrowe jak bochny chleba. Żaden bal nie wymagał wymiany ani flekowania. Zaimpregnowali więc ścianę środkiem owadobójczym i ochronnym, przybili listwy konstrukcyjne, między które miało być ułożone ocieplenie z wełny minieralnej. Wcześniej zostały wymienione okna. Usunęli stare okna skrzynkowe – były zbyt zniszczone, by je ratować. Nie gwarantowały też właściwej izolacji przed zimnem. Zamówili drewniane okna z szybami zespolonymi o wymiarach dokładnie pasujących do starych ram – 150 x 120 cm. Okna bez podziałów. – Rozważaliśmy za i przeciw dzielenia okien. Szprosy metalowe nie wchodziły w grę w drewnianym domu, a ramy zmniejszyłyby ilość światła. Chcieliśmy mieć jasne wnętrza i swobodny widok na przyrodę.
Jednoskrzydłowe okna osadzili na metalowych stelażach z przestrze-nią na kumulowanie osiadania ścian domu. Szczeliny wokół zaizolowali pianką montażową. Rozważali też, na jakiej głębokości względem lica ściany ustawić okna. Zrównali je ze ścianą z bali – bo też najłatwiej było je umocować. Teraz, gdy doszło ocieplenie i oszalowanie, szyba jest cofnięta o mniej więcej 16 cm względem ściany domu. Wizualnie akceptowalne proporcje.
Drewniane łaty konstrukcyjne na ścianach mają grubość 15 cm, tak jak ocieplenie z wełny mineralnej. Ocieploną ścianę zabezpieczyli wiatroizolacją. Na zewnątrz przybili deski szalunkowe (nasączone środkiem owadobójczym) i pomalowali je bejcą w kolorze cedrowym.