Architektura w kratkę wraca do łask - fenomen domów przysłupowych na Dolnym Śląsku. Jak z ruin powstają pensjonaty i domy marzeń

2026-06-02 20:12

Architektura w kratkę robi ostatnio oszałamiającą karierę na Dolnym Śląsku. Zapomniane i rzadko odwiedzane wsie są teraz odwiedzane przez mnóstwo ciekawskich, którzy zjeżdżają z głównych tras w drodze na weekend lub urlop w Karpaczu czy Szklarskiej Porębie. Stało się to dzięki zaangażowaniu społecznych grup pasjonatów i lokalnych inicjatyw, dzięki którym odbywa się doroczny Dzień Otwartych Domów Przysłupowych i inne wydarzenia. To tu powstał ruch dolnośląskich ruinersów, właścicieli zdewastowanych domów, którzy próbują przywracać im dawny wygląd.

Domy przysłupowe słusznie wyrosły na symbol dziedzictwa regionu Łużyc i sąsiednich terenów, na które miał bardzo duży wpływ architektoniczny. Dzień Otwartych Domów Przysłupowych jest dorocznym i największym wydarzeniem, w czasie którego można zobaczyć kilkadziesiąt budynków, które nie zawsze są zabytkami, a także nie zawsze „przysłupami”, ale które są przykładem odrębności tych terenów.

Domy łużyckie, czyli przysłupowe

Z historycznych Łużyc, leżących dzisiaj na terenie Niemiec, Czech i Polski pochodzi charakterystyczna konstrukcja domów przysłupowych. Często też do określenia tego typu architektury używa się terminu budownictwo łużyckie. Konstrukcja rozprzestrzeniła się również na sąsiednich terenach. Pod Karkonoszami, Górami Izerskimi oraz Górach i Pogórzu kaczawskim a także Pogórzu Izerskim spotkać można te charakterystyczne budynki.

Budownictwo przysłupowe zaczęło rozwijać się w XVII w., wraz z osadnikami z położonych dalej na zachód Europy regionów. Przynieśli oni ze sobą swoje zwyczaje i technikę budowania, która zetknęła się tu z tradycyjną słowiańską chatą zrębową. Tak oto w wyniku połączenia obu technik budowania powstała nowa, w której zastosowano obie tradycje budowlane.

Drewniane domy przysłupowe to budynki najczęściej o dwóch kondygnacjach i dachu dwuspadowym z drewnianą, zrębową częścią mieszkalną i murowaną gospodarczą. Części domu są rozdzielone sienią w której znajdował się ciąg kominowy oraz schody na piętro. Górna kondygnacja była zbudowana w konstrukcji ryglowej z wypełnieniem szachulcowym z gliny. Charakterystycznym elementem konstrukcji są potężne drewniane słupy na parterze, które przenoszą cały ciężar wyższych kondygnacji - część zrębowa obciążona jest tylko stropem. Takie rozwiązanie całkowicie oddziela konstrukcyjnie izbę zrębową od reszty budynku. 

Północna część Zachodnich Sudetów, a przede wszystkim ich pogórza zachowały się w stanie niemal niezmienionym od czasów II wojny światowej. 

Czas płynął – nic się nie zmieniało

Północna część Zachodnich Sudetów, a przede wszystkim ich pogórza zachowały się w stanie niemal niezmienionym od czasów II wojny światowej. Niestety obszary te poza rozwojem górnictwa węgla brunatnego w okolicy Bogatyni zostały zaniedbane w okresie PRL, a proces ten pogłębił okres przemian ustrojowych lat 90. XX w. Obecnie po okresie stagnacji nastąpił czas zainteresowania i inwestycji. Dzisiaj przejeżdżając przez ukryte przy wąskich lokalnych drogach wsie wiele osób przeciera oczy ze zdumienia i dziwi się jak wiele się tutaj zachowało. Krajobraz się tu nie zmienił od zgoła ponad 80 lat. Nie tylko domy, stodoły, kurniki, ale pokrywające je dachówki czy płytki łupka są te same co w 1945 r.

Ten obszar nie był dotknięty działaniami II wojny światowej. Dawni mieszkańcy po prostu spakowali pospiesznie swój dobytek i wyjechali do Niemiec w popłochu przed nadciągającą Armią Czerwoną. Opuszczone i rozszabrowane ze wszystkiego co jeszcze miało jakąś wartość tereny przejęła polska administracja. Osiedlili się tutaj repatrianci ze wschodnich przedwojennych rubieży Rzeczpospolitej. Dla większości z nich te wielkie domy, w których mogli zamieszkać to był luksus. Położony nieco na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych region żył swoim rytmem i życiem przez okres PRL, aż przyszła zmiana ustroju.

Te stare domy jednak już w latach 60. i 70. przestawały jednak wystarczać, szczególnie młodemu urodzonemu już tu pokoleniu. Młodzi ludzie przenosili się do miast, które były lokalnymi centrami gospodarczymi z zakładami fabrykami i miejscami pracy, których w PRL nie brakowało. Bogatsi stawiali tam nowe domy, ci mniej zamożni czekali na przydział mieszkań w budowanych osiedlach. Własne M na nowym osiedlu były o wiele wygodniejsze, jaśniejsze z ciepłą wodą, sanitariatami, których często brakowało w domach na wsiach. W czasach PRL a i późniejszych niewiele osób doceniało wartość tej powoli niszczejącej architektury domów podpartych na drewnianych słupach, z glinianymi ścianami pociętymi drewnianą konstrukcją, małymi okienkami i niskimi pomieszczeniami przykrytymi drewnianymi stropami z grubymi czasem zdobionymi belkami.

Czasy wielkiego kryzysu

Kryzys i przemiany ustrojowe lat 90. wygonił stąd większość osób w sile wielu za pracą za granicę lub do większych miast dalej w Polsce. Pozostali starsi, którzy jak mogli do chcieli w dogorywających zakładach lokalnych doczekać do emerytury. Niektórym się to udało, niektórym nie. Wsie w regionie wówczas wyludniły się a wiele starych domów zostało opuszczonych i niszczało. Ci którzy zafascynowali się tym regionem już w latach 90. XX w. mogli kupić gospodarstwa za bezcen.

- To nie były dobre czasy, a w szczególności dla tych okolic pogranicza polsko-czeskiego. Dawne PGR-y poupadały, firmy przestały działać, panowało wielkie bezrobocie. Ktoś nas wówczas namawiał żebyśmy coś tu kupili. Domy i ziemia były wówczas prawie za pół darmo, tyle że nie było tutaj żadnych perspektyw – mówi Jarosław Skrzyniarz, właściciel domu przysłupowego w Wolimierzu.

Od zapomnienia do fascynacji

Garstka historyków i regionalistów już od dawna zwracała uwagę na niszczejące dziedzictwo. „Ale to przecież nie nasze polskie, to niemieckie, więc po co o to dbać” można było usłyszeć w odpowiedzi. Niewiele tutaj innych obiektów wpisanych do rejestrów poza dworami, pałacami, zamkami czy kościołami, których los też nie był godny pozazdroszczenia. Wpis do rejestru nie oznaczał poprawy, bo z niewielkich środków te nieużytkowane w większości budowle po prostu coraz bardziej niszczały.

Wtedy sprawy zaczęli przejmować prywatni właściciele, w większości nowi, ale nie brakowało i tych, którzy mieszkali tu od dziecka. To oni właśnie dostrzegli potencjał na nowe życie w ruderach. Nie było prosto i łatwo. Remonty niestety z racji wielkości tutejszych domów nie należały nigdy do tanich. Sporo osób ze smykałką do prac ręcznych próbowało własnych sił, ale nie zawsze wychodziło to budynkom na dobre ze względu na ogromną różnicę w technologiach tej współczesnej i dawnej. Tu potrzeba było najpierw wiedzy o tym jak się budowało kiedyś i jak teraz należy z tym postępować. Materiałów budowlanych od lat 90. Już nie brakowało tylko trzeba było wiedzieć które wybrać. Te z marketów przeznaczone były i są w zdecydowanej większości do nowego budownictwa. Walące się konstrukcje drewnianych dachów i ścian wymagały fachowo wykonanych „części zamiennych” lub napraw, których niewielu już umiało wykonać. Na szczęście było jeszcze trochę starych rzemieślników, a do nich po jakimś czasie dołączyli nowi, najczęściej przybysze, które przywędrowali tu niesieni chęcią zamieszkania w tym malowniczym górskim krajobrazie. Ci nowi co ciekawe wcale nie byli murarzami, cieślami, czy stolarzami przedtem, ale mieli zdolności i ciągnęło ich do takiej pracy. Uczyli się na własnych błędach zdobywali doświadczenie od innych.

W każdej wsi coś się remontuje

W kolejnych latach zainteresowanych tą częścią polskich Sudetów było coraz więcej.

- Na początku były wycieczki i zainteresowanie Sudetami, ich krajobrazem, architekturą i aurą tajemnicy, jaka otacza ten piękny region. W trakcie przemierzania sudeckich szlaków zafascynowały nas szczególnie ogromnych rozmiarów domy sudeckie. Kiedy przyjeżdżaliśmy tutaj z żoną nie mogliśmy przeboleć jak wiele takich obiektów marnuje się obracając się w ruinę lub jest przebudowywane niezgodnie ze swoim stylem. W pewnym momencie klamka zapadła i stwierdziliśmy, że może uda nam się uratować choć jeden z tych pięknych budynków – mówi Jacek Kiljański, właściciel odrestaurowanego i wpisanego na jego prośbę do rejestru zabytków Dolnego Młyna w Wojciechowie.

- Od dłuższego czasu byłem zafascynowany architekturą Dolnego Śląska. Znalazłem już wcześniej w ofertach starą poniemiecką szkołę pod Oleśnicą. Niestety, zanim się zdecydowałem zniknęła z rynku. Po tym małym niepowodzeniu byłem bardziej zmotywowany i w 2020 r. wpadło mi w oko gospodarstwo w Milęcicach. Starałem się teraz działać szybciej, bo wiedziałem, że takie oferty nie leżą długo – mówi Piotr, który remontuje stare gospodarstwo w Milęcicach.

- Na jednej z platform sprzedażowych wypatrzyliśmy ofertę, która potem znikła, ale zaryzykowaliśmy i zadzwoniliśmy. Okazało się, że dom wciąż jest na sprzedaż. Tak w 2017 r. po raz pierwszy przyjechaliśmy do Kleczy. Dom nas specjalnie nie zauroczył. O wiele ładniejszy stał tuż obok, ale nie był na sprzedaż. Zdecydowały chyba wnętrza – sklepienia krzyżowe parteru i podpierająca je obmurowana piaskowcowa kolumna w środku, za którą były drewniane schody na poddasze – opowiada Filip, który wraz z żoną prowadzi tu agroturystyczny pensjonat w wyremontowanym starym domu.

Te domy są starsze niż myślimy

W biurach nieruchomości i na portalach internetowych, gdzie znaleźć można oferty sprzedaży podawane są najczęściej daty budowy starych przeznaczonych do sprzedaży budynków. Najczęściej jest to okres z początku XX w., który np. jest wybity na jakimś elemencie. Często jednak te domy są starsze i w trakcie remontu sami gospodarze znajdują dowody świadczące o wcześniejszej budowie. Nie trzeba specjalnie szukać bo historia leży dosłownie pod nogami.

- W pomieszczeniach na górze były oryginalne podłogi ze starych desek, które mają 50 i więcej centymetrów szerokości. Udało nam się je uratować i wyszlifować. Stolarz, który je oceniał stwierdził, że to drewno ma 200 - 300 lat, a sam świerk, z którego były zrobione musiał mieć przynajmniej 300 lat. Nasz dom został najprawdopodobniej zbudowany w II połowie XVII w. kiedy powstała wieś. Ponieważ wynika to z lokalizacji w sąsiedztwie kościoła, gdzie z reguły budowano pierwsze domostwa. Na czas budowy wskazują nacięcia na mieczach w części przysłupowej – z jednej strony miecze są łużyckie, a z drugiej starołużyckie z charakterystycznymi nacięciami. Planujemy zrobić badania dendrochronologiczne, które potwierdzą wiek drewna – mówi Jarosław Skrzyniarz właściciel domu przysłupowego w Wolimierzu.

- Usłyszeliśmy, od zaproszonego specjalisty, że nasz młyn jest bardzo ciekawy. To on powiedział, że pomimo że w ogłoszeniu była informacja, że to dom z 1937 r. to jest on na pewno dużo starszy. W czasie prac w różnych miejscach domu znajdowaliśmy różne daty, odsyłające do XIX w. Niemiecka historyczka Doris Baumert, działaczka zaangażowana w kultywowanie historii Sudetów znalazła wiele zapisków, które potwierdzały istnienie młyna w Wojciechowie od kilku wieków. Najbardziej cennym dowodem okazało się badanie dendrochronologiczne drewna z konstrukcji. Wyniki były po prostu niesamowite, bo okazało się, że wszystkie belki pochodzą z drzew ściętych w 1655 r. Można więc przyjąć że budynek młyna pochodzi z tego roku. Było to w czasie, kiedy region podnosił się ze zniszczeń wojny trzydziestoletniej, więc ta data może być datą odbudowy, a młyn mógł istnieć tu nawet wcześniej - mówi Jacek Kiljański właściciel Dolnego Młyna w Wojciechowie.

Jest jeszcze sporo do zrobienia

Kraciastych skarbów jest tutaj jeszcze bardzo wiele do uratowania. Zresztą nie tylko tych o drewnianej konstrukcji, ale także murowanych głównie z kamienia uzupełnianego cegłą. Oddolne inicjatywy próbują wywalczyć opiekę i ratunek dla nich, ale nie jest to łatwe ze względu na szczupłość środków, jakie województwo dolnośląskie otrzymuje z państwowej puli na remonty i renowacje. O dotacje starają się właściciele, ale niestety wciąż mnóstwo starych domów i gospodarstw nie ma należytej opieki i niszczeje. Wiele z nich może mieć z pewnością 200 i więcej lat. Trzeba je ratować, a spotkać je można także w największych turystycznych miejscowościach.

Murator Remontuje #3: Pęknięta ściana, zalane sufity – jak to naprawić?
Materiał sponsorowany
Materiał sponsorowany
Murator Google News
Murowane starcie
Dom – ekologiczny czy tradycyjny? MUROWANE STARCIE