Spis treści
Sezon grzewczy nie zaczyna się konkretnego dnia
15 września? 1 października? A może dużo później? W praktyce żadnej z tych dat nie można uznać za oficjalny początek sezonu grzewczego w Polsce. Przepisy nie wskazują bowiem żadnego dnia, w którym we wszystkich blokach powinny zostać uruchomione grzejniki. Dlatego w jednym budynku mogą być już ciepłe, podczas gdy w sąsiednim mieszkańcy nadal będą czekać na rozpoczęcie ogrzewania, nierzadko marznąć.
Czytaj także: Jak przygotować ogrzewanie domu na nadchodzący sezon?
Pojęcie sezonu grzewczego pojawia się jednak w polskim prawie - rozporządzenie Ministra Gospodarki z 15 stycznia 2007 roku określa go jako okres, w którym warunki atmosferyczne powodują "konieczność ciągłego dostarczania ciepła do ogrzewania obiektów". Kluczowa jest więc nie data w kalendarzu, ale pogoda i wynikające z niej zapotrzebowanie budynku na ciepło. W praktyce sezon grzewczy najczęściej rozpoczyna się na przełomie września i października, ale w przypadku ciepłej jesieni może nastąpić dużo, dużo później. Z kolei nagłe i dłuższe ochłodzenie może sprawić, że instalacja zostanie uruchomiona już we wrześniu. Podobnie wygląda zakończenie sezonu: nie ma jednej daty, po której ogrzewanie musi zostać wyłączone.
Znaczenie ma jednak nie jedynie temperatura za oknem. Liczą się także prognozy na kolejne dni, standard energetyczny budynku, jego zdolność do utrzymywania ciepła oraz temperatura w mieszkaniach. Jako orientacyjny próg stosowany przez część zarządców wskazuje się utrzymywanie się przez kilka dni średniej temperatury zewnętrznej poniżej około 10–12 stopni Celsjusza.
Kto decyduje, kiedy kaloryfery zrobią się ciepłe?
W budynkach wielorodzinnych mieszkaniec zwykle nie decyduje samodzielnie o rozpoczęciu ogrzewania całego obiektu. W zależności od sposobu zarządzania nieruchomością decyzję podejmuje spółdzielnia, wspólnota mieszkaniowa albo zarządca. To on zgłasza zapotrzebowanie na dostawę ciepła lub uruchamia instalację znajdującą się w budynku. Coraz częściej sam moment „włączenia ogrzewania” jest mniej wyraźny niż kiedyś. W budynkach wyposażonych w automatykę pogodową instalacja może reagować na temperaturę zewnętrzną. Gdy robi się odpowiednio chłodno, system zaczyna dostarczać ciepło, a gdy temperatura na zewnątrz ponownie rośnie – ogranicza pracę. Nie musi więc dochodzić do ręcznego włączania i wyłączania ogrzewania po każdym jesiennym wahnięciu pogody.
Zarządcy mogą brać pod uwagę również sygnały płynące od mieszkańców. Jeżeli w lokalach robi się wyraźnie chłodno, warto skontaktować się z administracją. Zgłoszenia lokatorów – obok prognoz pogody, temperatury na zewnątrz czy właściwości samego budynku – mogą być jednym z argumentów za rozpoczęciem ogrzewania.
Nie oznacza to jednak, że każdy chłodny wrześniowy wieczór powinien prowadzić do uruchomienia całego systemu. Budynki mają różną bezwładność cieplną. Dobrze zaizolowany blok może przez dłuższy czas utrzymywać komfortową temperaturę mimo chłodu na zewnątrz. Starszy, nieocieplony budynek może wychładzać się znacznie szybciej. Dwa bloki stojące przy tej samej ulicy niekoniecznie muszą rozpocząć sezon grzewczy jednocześnie.
Jaka temperatura powinna panować w mieszkaniu?
Brak ustawowej daty rozpoczęcia sezonu grzewczego nie oznacza, że zarządca może dowolnie długo zwlekać z dostarczaniem ciepła, niezależnie od warunków panujących w budynku. Przepisy techniczne określają temperatury obliczeniowe dla poszczególnych rodzajów pomieszczeń. Dla pokoi mieszkalnych, kuchni czy przedpokojów przyjmuje się 20 stopni Celsjusza, natomiast dla łazienek – 24 stopnie.
Czytaj także: Zanim włączysz ogrzewanie, zrób te rzeczy w domu. Jeden błąd może słono kosztować
Warunki panujące wewnątrz budynku są ważniejsze niż sama kartka z kalendarza. Jesień potrafi przynieść zarówno kilkunastostopniowe, słoneczne dni, jak i gwałtowne ochłodzenia. Sztywna data uruchamiania ogrzewania byłaby więc mało praktyczna: w jednym roku oznaczałaby niepotrzebne ogrzewanie mieszkań, w innym – kilkanaście dni spędzonych w wychłodzonych pomieszczeniach. Podobna zasada obowiązuje wiosną. Ogrzewanie nie musi zostać wyłączone wraz z nadejściem konkretnego dnia kwietnia. Jeżeli utrzymuje się chłód, instalacja może pracować dłużej. W praktyce zakończenie sezonu przypada zwykle na kwiecień lub początek maja, choć wszystko zależy od przebiegu pogody. W materiałach jako orientacyjny moment wyłączenia wskazywane jest utrzymywanie się przez kilka dni temperatury zewnętrznej powyżej około 12–15 stopni Celsjusza.
Zanim kaloryfery zaczną grzać, warto też sprawdzić samą instalację w mieszkaniu. Zapowietrzony grzejnik może pozostawać częściowo lub całkowicie zimny mimo uruchomienia ogrzewania w całym budynku. Nie powinien być również szczelnie zasłonięty meblami czy ciężkimi zasłonami, które utrudniają oddawanie ciepła do pomieszczenia.