Spis treści
- Otwarta kuchnia? Kiedyś nie miałam wątpliwości
- Na zdjęciu nie ma garnka po pomidorowej
- Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak kuchnia brzmi
- Z zapachami jest podobnie
- Jest jeszcze jedna rzecz, o której wcześniej zupełnie nie myślałam
- Czy zrobiłabym więc zamkniętą kuchnię?
- Nie żałuję. Ale drugi raz zastanawiałabym się dłużej
Otwarta kuchnia? Kiedyś nie miałam wątpliwości
Gdybym kilkanaście lat temu miała wybrać między kuchnią zamkniętą a otwartą na salon, nie zastanawiałabym się długo. Oczywiście, że otwarta. Zamknięta kuchnia kojarzyła mi się z czymś trochę staromodnym. Z osobnym pomieszczeniem, w którym ktoś znikał podczas rodzinnego spotkania, żeby przygotować obiad albo zrobić kawę. A otwarta? To było zupełnie coś innego. Przestrzeń, światło, rozmowy przy wyspie. Gotujesz, ale nadal jesteś z innymi. Ktoś siedzi przy stole, ktoś na kanapie, a ty nie czujesz się jak osoba oddelegowana do kuchni. Na zdjęciach wyglądało to świetnie. W życiu też wygląda świetnie. Tylko nie przez cały czas.
Na zdjęciu nie ma garnka po pomidorowej
Tego chyba wcześniej nie przewidziałam. Otwarta kuchnia jest częścią salonu nie tylko wtedy, gdy na wyspie stoi piękna misa z owocami, a na blacie ekspres i dwie filiżanki. Jest nią także wtedy, gdy po obiedzie zostaje garnek, patelnia, deska do krojenia i kubek, który ktoś odstawił dokładnie 20 centymetrów od zmywarki.
W zamkniętej kuchni można byłoby powiedzieć: posprzątam później. Zamknąć drzwi i usiąść na kanapie. W otwartej kuchni ten garnek siedzi na kanapie razem z tobą. Oczywiście można sprzątać od razu. Można też nauczyć całą rodzinę odkładania wszystkiego na miejsce. Podejrzewam jednak, że łatwiej jest zaprojektować nową kuchnię niż osiągnąć ten drugi cel. I właśnie wtedy zaczęłam rozumieć, że otwarta przestrzeń wymaga trochę więcej dyscypliny, niż sądziłam.
Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak kuchnia brzmi
Kiedy wybierałam kuchnię, dużo myślałam o kolorze frontów, blacie, uchwytach i o tym, gdzie powinny znaleźć się gniazdka. Prawie wcale nie zastanawiałam się nad tym, czy będę słyszeć zmywarkę z kanapy. A słyszę. Słychać ekspres mielący kawę. Czajnik. Okap. Naczynia wyciągane ze zmywarki. Blender, który z jakiegoś powodu zawsze musi zostać włączony w najciekawszym momencie filmu. Nic dramatycznego. Po prostu codzienność. Tyle że w otwartej kuchni ta codzienność nie kończy się na granicy jednego pomieszczenia. I czasem łapię się na myśli, że dobrze byłoby móc zwyczajnie zamknąć drzwi. Zdanie, którego kilkanaście lat temu kompletnie bym nie zrozumiała.
Z zapachami jest podobnie
Zapach kawy w salonie? Świetnie. Świeżego chleba? Jeszcze lepiej. Ciasta z piekarnika? Nie mam nic przeciwko. Ale smażonej ryby już nie potrzebuję aż tak bardzo. Dobry okap oczywiście pomaga i w otwartej kuchni trudno bez niego mówić o komforcie. Ale nawet najlepsza wentylacja nie zmienia faktu, że gotujemy w tej samej przestrzeni, w której potem odpoczywamy. Kiedyś argument o zapachach wydawał mi się trochę przesadzony. Dziś już się z niego nie śmieję.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której wcześniej zupełnie nie myślałam
Otwarta kuchnia miała sprawić, że podczas gotowania nikt nie będzie odizolowany od rodziny. I rzeczywiście nie jest. Tylko że czasem… chciałby być.
Nie chodzi nawet o wielką potrzebę samotności. Czasem dobrze jest przez kwadrans pokroić warzywa, posłuchać radia albo zrobić kolację bez uczestniczenia jednocześnie we wszystkim, co dzieje się w salonie. Przy małych dzieciach możliwość obserwowania ich podczas gotowania może być ogromnym plusem. Kiedy domownicy lubią spędzać większość czasu razem – również.
Tyle że dom projektujemy na lata. Dzieci rosną, sposób życia się zmienia, częściej pracujemy w domu, czasem zaczynamy bardziej cenić ciszę. A ściany pozostają tam, gdzie je postawiliśmy. Albo właśnie ich nie ma.
Czy zrobiłabym więc zamkniętą kuchnię?
I tu dochodzę do problemu, bo… chyba też nie. Nie chciałabym wrócić do małego pomieszczenia odciętego od reszty domu. Lubię swoją kuchnię otwartą na salon. Lubię, kiedy ktoś siedzi przy stole, a ja robię kawę. Lubię światło, przestrzeń i to, że kuchnia naprawdę jest częścią domu, a nie zapleczem. Nie żałuję tego wyboru. Po prostu już go nie idealizuję.
Dziś, gdybym projektowała dom od początku, najchętniej zostawiłabym sobie możliwość wyboru. Dziś wybrałabym kuchnię, którą można zamknąć. Duże przesuwne drzwi. Szklana przegroda. Szerokie przejście, które na co dzień pozostaje otwarte, ale w razie potrzeby można je zamknąć.
Kiedyś uznałabym takie rozwiązanie za niepotrzebny kompromis. Dzisiaj uważam, że to może być najlepszy z dwóch światów. Chcesz rozmawiać z rodziną podczas gotowania? Otwierasz kuchnię. Smażysz coś intensywnie pachnącego? Zamykasz. Goście już siedzą przy stole, a na blacie trwa krajobraz po przygotowaniu kolacji? Zamykasz. Chcesz wieczorem posłuchać w salonie ciszy zamiast zmywarki? Wiadomo. Im dłużej mieszkam z otwartą kuchnią, tym bardziej podoba mi się nie tyle możliwość jej otwarcia, ile właśnie możliwość zamknięcia.
Nie żałuję. Ale drugi raz zastanawiałabym się dłużej
Otwarta kuchnia nadal ma dla mnie więcej zalet niż wad. Nie zaczęłam nagle marzyć o czterech ścianach i drzwiach z mleczną szybą. Zmieniło się coś innego. Kiedyś patrzyłam przede wszystkim na to, jak wnętrze będzie wyglądać. Dziś znacznie częściej myślę o tym, jak będzie się w nim żyło we wtorek o 20.30, kiedy zmywarka jeszcze pracuje, na blacie stoi patelnia, a ja mam ochotę po prostu usiąść na kanapie.
I chyba właśnie takie zwykłe wtorki są najlepszym testem każdego projektu. Gdybym więc dziś budowała dom jeszcze raz, otwartej kuchni z projektu bym nie wykreśliła. Ale tym razem koniecznie zostawiłabym sobie drzwi.
Jak oddzielić kuchnię od salonu? 12 pomysłów na wygodny i efektowny podział przestrzeni. ZOBACZ ZDJĘCIA