Spis treści
Historia remontu domu w Marczowie zaczęła się od długiego szukania i rozsądnego sprawdzania ryzyka, ale dziś widać już jej najważniejszy kierunek: dom ma wrócić do życia bez utraty swojej tożsamości. Najpierw trzeba było go oczyścić, zabezpieczyć i zrozumieć, potem przyszła kolej na planowanie, inwentaryzację i pierwsze naprawy. Jeśli wszystko uda się zrealizować zgodnie z założeniami, za kilka lat będzie to nie tylko odnowiony budynek, lecz także konsekwentnie odtworzony fragment dawnej architektury, zamieniony w prawdziwy dom.
Rok szukania i nauka od innych
Zanim Julia i Grzegorz trafili do Marczowa, przez wiele miesięcy analizowali podobne historie. Oglądali relacje osób remontujących stare domy, śledzili profile ruinersów i czytali o problemach, z którymi trzeba się mierzyć podczas ratowania historycznych budynków.
– Jak zaczęliśmy szukać domu, to zaczęliśmy śledzić ruinersów i to, jak ludzie radzą sobie z tego typu inwestycjami. Zaczęliśmy ten temat drążyć i równolegle szukaliśmy naszego miejsca – wspomina Grzegorz.
Poszukiwania nie ograniczały się do przeglądania ogłoszeń. Para regularnie jeździła oglądać nieruchomości na Dolnym Śląsku.
– Oglądaliśmy dużo, dużo nieruchomości. Najwięcej oczywiście przez internet, ale też jeździliśmy i oglądaliśmy je na miejscu – opowiadają.
Po niemal roku poszukiwań wiedzieli już bardzo dokładnie, czego chcą, a czego chcą uniknąć.
Dlaczego właśnie Marczów
Marczów nie był miejscowością wybraną z góry. Inwestorzy nie szukali konkretnej wsi ani nawet konkretnego powiatu. Znacznie ważniejsze były dla nich cechy samego miejsca.
– To nie jest tak, że szukaliśmy konkretnie w Marczowie czy jego najbliższej okolicy. Szukaliśmy domu, który będzie spełniał nasze założenia – tłumaczą.
Pierwszą rzeczą, która zwróciła ich uwagę, był stan budynku.
– Ten dom nie był zepsuty pseudoremontami. Oczywiście jest do generalnego remontu, ale nie musimy najpierw usuwać tego, co ktoś wcześniej zepsuł – mówi Grzegorz.
Równie istotne było położenie.
– Szukaliśmy domu z dużą działką, najlepiej na krańcu wsi. Zależało nam, żeby nie mieć sąsiadów okno w okno. Tutaj jesteśmy otoczeni polami i raczej nic się już wokół nie zabuduje.
Duże znaczenie miał również krajobraz.
– Nie chcieliśmy płaskiego terenu. Zależało nam na wzgórzach, na takim urozmaiconym krajobrazie. Nie musiały to być od razu Karkonosze, ale chcieliśmy czuć bliskość gór.
Dodatkowym argumentem okazała się sama wieś.
– Marczów bardzo nam się spodobał. To piękna wieś łańcuchowa, jest tu dużo starych domów. Miejsce urzekło nas właściwie od pierwszej wizyty.
Usłyszeli od fachowca, że tragedii nie ma
Mimo zachwytu miejscem inwestorzy nie chcieli podejmować decyzji wyłącznie pod wpływem emocji. Dlatego jeszcze przed zakupem zaprosili do obejrzenia budynku specjalistę zajmującego się ratowaniem historycznych domów.
– Zgłosiliśmy się do Marcina Rębarza. Przyjechał, obejrzał dom, pochodził, postukał, jak to Marcin. I powiedział, że tragedii nie ma – wspomina Grzegorz. – Jestem budowlańcem, więc konstrukcję potrafię ocenić, ale nie miałem doświadczenia z takimi domami. Jeżeli ktoś, kto uratował już wiele podobnych budynków, mówi, że widział dużo gorsze przypadki, to daje pewien komfort psychiczny.
Po tej wizycie decyzja o zakupie była już praktycznie przesądzona.
Dom, który z zewnątrz wyglądał lepiej niż w rzeczywistości
Jednym z największych wyzwań okazał się dach. Z zewnątrz sprawiał całkiem dobre wrażenie, jednak szczegółowe oględziny pokazały, że wymaga gruntownej interwencji.
– Dach z zewnątrz wygląda o wiele lepiej, niż pokazuje to jego stan faktyczny – przyznaje właściciel.
Problem wynikał z historii budynku.
– Pierwotnie więźba była przygotowana pod lżejsze pokrycie, prawdopodobnie gont. Ktoś później zastąpił je podwójną karpiówką i dach zaczął się rozjeżdżać pod ciężarem, do którego nie został zaprojektowany.
Dlatego pierwszym krokiem było zabezpieczenie budynku przed kolejnymi przeciekami.
– Przed zimą wzięliśmy ekipę, która połatała największe dziury i założyła tymczasowe rynny. Chodziło przede wszystkim o to, żeby przestało nas zalewać.
Docelowo dach ma odzyskać historyczny wygląd.
– Chcemy wrócić do tego, co było pierwotnie, czyli do gontu drewnianego.
Remont dachu mają obiecany i wpisany do planu robót Witka Podsiadło, znanego w regionie specjalistę od remontów starego budownictwa. Taki gont zastosował on na pokrycie podnoszonej z ruin XVIII-wiecznej kuźni podcieniowej w Płóczkach Górnych. Będzie on także wykonawcą remontu ryglowej konstrukcji budynku.
– Być może zastosujemy bloczki z mieszanki gliny i sieczki w miejsce rozpadających się cegieł muru pruskiego w elewacjach zewnętrznych. Ten materiał pozwoli zachować starą konstrukcję i rysunek belek, a jednocześnie ma lepsze parametry izolacyjności cieplnej od cegły – mówi Grzegorz.
Rok walki ze śmieciami
Zanim rozpoczęły się właściwe prace remontowe, inwestorzy musieli zmierzyć się z czymś znacznie mniej widowiskowym.
– Kończymy sprzątanie, które zajęło nam prawie rok. To była masakra. Wyjechały stąd tony śmieci i jeszcze pewnie trochę ich wyjedzie – mówią bez ogródek.
Okazało się, że przez dziesięciolecia większość budynku była praktycznie nieużywana.
– Poprzedni właściciel, który kupił ten dom jako letnisko, korzystał właściwie z jednego pokoju. Reszta domu była zawalona rzeczami do tego stopnia, że nie dało się normalnie wejść do wielu pomieszczeń.
Sprzątanie było więc nie tylko przygotowaniem do remontu, ale też stopniowym odkrywaniem samego domu.
Niespodzianki ukryte pod warstwą gruzu
Prace porządkowe przyniosły wiele nieoczekiwanych odkryć.
– Dopiero po miesiącu sprzątania odkryliśmy, że w jednym z pokoi stoi fortepian. Był tak zawalony meblami i śmieciami, że wcześniej go nie było widać – śmieje się Grzegorz.
Choć instrument nie nadawał się już do uratowania, udało się ustalić jego pochodzenie.
– Okazało się, że pochodził prawdopodobnie z początku XX wieku, z niemieckiej wytwórni spod Berlina.
Znalazły się również mniejsze przedmioty.
– Wśród gruzu znaleźliśmy spodek z 1940 roku ze swastyką na spodzie sygnowany oznaczeniami fabryki porcelany z Wałbrzycha (Krzysztof). Postanowiliśmy zachować go na pamiątkę.
Remont rozpisany na pięć lat
Właściciele od początku założyli, że nie będzie to szybka realizacja.
– Dajemy sobie pięć lat. Myślę, że to realny czas, żeby wszystko zrobić porządnie – mówi Grzegorz.
Pomaga w tym świadomość, że nie muszą się przeprowadzać natychmiast.
– Nie mamy noża na gardle. Oboje związani jesteśmy z centralną Polską, gdzie mieszkamy i mamy swoje obowiązki zawodowe. Ten remont musi być rozłożony w czasie.
W planowaniu kolejnych etapów pomaga architektka, która przygotowała inwentaryzację i ocenę techniczną budynku.
– Przez najbliższe półtora roku chcemy dokładnie rozplanować funkcje domu, układ pomieszczeń i wszystkie zmiany konstrukcyjne.
To ma być dom, a nie atrakcja turystyczna
Choć budynek jest duży i mógłby z powodzeniem pełnić funkcję pensjonatu, właściciele nie mają takich planów.
– Na razie nie zakładamy żadnych pokoi na wynajem. Chcemy, żeby to był przede wszystkim nasz dom – podkreślają.
Docelowo zamierzają przeprowadzić się do Marczowa na stałe.
– To nie będzie dom letniskowy. Chcemy tutaj mieszkać.
I właśnie ta deklaracja najlepiej pokazuje charakter całego przedsięwzięcia. Julia i Grzegorz nie kupili starego domu dla modnego projektu czy weekendowej przygody. Kupili miejsce, które ma stać się ich przyszłym domem, a każdy kolejny etap remontu przybliża ich do tego celu.