Odrodził się jak Feniks z popiołów. Jola i Lech odbudowali po pożarze drewniany dom pachnący Żuławami. Za bardzo go kochali, żeby opuścić

Stary drewniany dom w Jazowej miał niepowtarzalny zapach, przestrzeń i niezwykłą siłę przyciągania. We wrześniu 2017 roku budynek stanął w ogniu. Spłonęły dach, poddasze, część wnętrz i rodzinne pamiątki. Gospodarze nie poddali się i postanowili przywrócić mu jego dawną formę, zachowując wszystko, co jeszcze można było uratować.

Po pożarze nie było już właściwie czego remontować – w pogorzelisku pozostały jedynie fragmenty konstrukcji, które można było poddać konserwacji. Odtwarzanie domu trwało pięć lat. Przez część tego czasu rodzina mieszkała w holenderskiej przyczepie ustawionej na posesji doglądając prac i ciesząc się, jak zabytek krok po kroku wraca do życia.

Jazowa – wieś, której historię kształtuje woda

Jazowa leży niedaleko Nowego Dworu Gdańskiego, na obszarze Żuław Wiślanych, w sąsiedztwie Nogatu. Do 1945 roku miejscowość nosiła nazwę Einlage. Zachowała historyczny układ rzędówki przywałowej – zabudowa rozwijała się wzdłuż drogi biegnącej równolegle do rzeki i chroniącego wieś wału.

Tutejszy krajobraz od wieków kształtowały woda, żyzne mady, kanały i systemy melioracyjne. Osadnicy przybywający na Żuławy musieli nauczyć się gospodarowania na podmokłym i okresowo zalewanym terenie. Szczególnie silny ślad pozostawili mennonici, znani z umiejętności osuszania gruntów, prowadzenia gospodarstw oraz wysokiego poziomu rzemiosła.

Dom pod numerem „6” znajduje się w południowej części Jazowej, przy drodze prowadzącej w kierunku Wiercin. Jego charakterystycznym elementem jest okazały ganek z balkonem w szerokiej ścianie szczytowej. Obok budynku wznoszą się zabudowania gospodarcze.

Dużym problem dla domu jest wysoki i zmienny poziom wód gruntowych. To przyczyna częstego zalewania piwnic i uszkodzeń fundamentów, cokołu i najniższych partii drewnianych ścian.

Ten dom ma przestrzeń i zapach

Jolanta po raz pierwszy przyjechała do tego starego domu na wakacje. Wychowała się w mieście i nigdy wcześniej nie przebywała w takim budynku. Jak wspomina, od razu poczuła jego niezwykły klimat i siłę przyciągania.

Wrażenie robiła przede wszystkim przestrzeń. Po wejściu do środka nie trafiało się do małego przedsionka i ciasnych pomieszczeń. Historyczny układ wnętrz był rozległy i czytelny. Dawał poczucie oddechu, którego brakuje w wielu dawnych domach podzielonych podczas późniejszych przebudów.

Jeszcze bardziej zapadał w pamięć zapach, który wyczuwało się zaraz po wejściu. Nie była to wyłącznie woń drewna. Przypominał trochę delikatne wonie kadzidełek. Jola określiła go jako zapach Żuław. 

– To jest zapach drewna, które nasiąknęło roślinnością, wilgocią z podmokłych łąk nad Nogatem, generalnie wszystkim, co tutaj było i jest. Drewno chłonęło to otoczenie, a później powoli oddawało nagromadzone aromaty – mówi Jola. Lech potwierdza te słowa. To jego rodzinny dom po dziadkach i rodzicach. Zna go od urodzenia.

Piękny ganek - wizytówka domu

Dom zbudowano w 1887 roku jako wolnostojący budynek-gospoda z funkcją mieszkalną o konstrukcji wieńcowej. Ma jedną kondygnację nadziemną, dwupoziomowe poddasze oraz częściowe podpiwniczenie.

Ściany wykonano z drewnianych płazów łączonych w narożach na „jaskółczy ogon”. Węgły osłonięte były deskowaniem przypominającym pilastry. Szczyty poddasza miały konstrukcję szkieletową i również były obłożone deskami.

Budynek wyróżniały bogate dekoracje ciesielskie i snycerskie: ozdobne balustrady, opaski okienne, dekoracje pod okapem, ażurowe wycinanki oraz detale szczytów. Najbardziej reprezentacyjny był ganek południowy. Na archiwalnych fotografiach widoczny jest także nieistniejący później ganek od strony wschodniej.

Dom przykrywał dwuspadowy dach pokryty ceramiczną dachówką. Zachowała się duża część dawnej stolarki okiennej i drzwiowej wraz z metalowymi klamkami, zawiasami, zaczepami i obartlikami (śruby motylkowe do zamykania okien).

Fundamenty, wysoki cokół oraz ściany piwniczne wzniesiono z cegły i kamienia na zaprawach wapiennych. W piwnicach zastosowano ceramiczne sklepienia, miejscami oparte na stalowych belkach, do których wykorzystano dawne szyny kolejowe.

Ganek południowy domu w Jazowej
Autor: Darek Jędrzejewski Ganek południowy domu w Jazowej

Stary i zniszczony, ale prawdziwy

Przed pożarem dom był w złym stanie technicznym. Paradoksalnie właśnie to też stanowiło jego największą wartość. Dom zachował dużo oryginalnych elementów z czasów budowy - stare płazy, belki, drzwi, okna, okucia i podziały wnętrz wciąż pozwalały odczytać jego historię.

Joli i Lechowi udało się doprowadzić do wpisania budynku do rejestru zabytków. Chcieli pozyskać środki na remont i przeprowadzić prace w sposób, który nie pozbawi domu autentyczności.

- Według przekazów rodzinnych część drewnianego budulca miała pochodzić z rozebranego wiatraka stojącego niegdyś w okolicy. Inne opowieści mówiły o materiale sprowadzonym z okolic Kadyn, gdzie leżą najbliższe Jazowej kompleksy leśne. W piwnicy znaleźliśmy stare cegły datowane prawdopodobnie na XVII wiek – mówi Jola.

Po pożarze, podczas obniżania posadzki pod montaż urządzeń grzewczych, natrafiono także na niewyjaśnioną konstrukcję. Mogła być pozostałością wcześniejszego budynku stojącego tu dużo wcześniej.

List od dziewczynki, która kiedyś biegała po tych pokojach

Dom przechowywał nie tylko ślady budowlanej historii, lecz także pamięć dawnych mieszkańców. Kilka lat przed przed pożarem, gdy dzieci były jeszcze małe Jola Lech otrzymali list od nieznajomej Niemki, która mieszkała tutaj jako dziecko. Kobieta dowiedziała się, że w jej dawnym domu znów żyje rodzina z małymi dziećmi.

Napisała, że pamięta, jak sama biegała po jego pomieszczeniach. Cieszyła się, że po wielu latach znów rozbrzmiewają w nim głosy dzieci, i przekazała nowym mieszkańcom życzenia, aby dobrze im się tutaj żyło.

List nie był długi, ale dla właścicielki miał ogromne znaczenie. Niestety spłonął podczas pożaru wraz z innymi pamiątkami.

Do domu przyjeżdżali również dawni mieszkańcy tych terenów. Pewnego razu posesję odwiedzili dwaj starsi Niemcy. Nie mogli swobodnie porozumieć się z gospodarzami, ale oglądali dom i podwórko.

Innym razem do Jazowej przybyły dwie mennonitki z Kanady. Odbywały sentymentalną podróż śladami przodków. Dzięki pomocy Łukasza Kępskiego z Żuławskiego Parku Historycznego w Nowym Dworze Gdańskim odnalazły informacje o członkach własnej rodziny żyjących w regionie przed kilkuset laty.

Takie spotkania uświadamiały właścicielom, że ich dom nie należy wyłącznie do historii jednej rodziny. Jest częścią opowieści o historii i mieszkańcach Żuław.

Dom z 1887 r. w Jazowej
Autor: Darek Jędrzejewski Dom z 1887 r. w Jazowej

Pożar – tragedia w Jazowej

W nocy z 28 na 29 września 2017 roku dom stanął w ogniu.

Całkowicie spłonęła więźba dachowa. Silnie nadpalone zostały ściany szczytowe poddasza i stropy nad parterem. Część konstrukcji utraciła stateczność i groziła zawaleniem.

Ogień uszkodził fragmenty ścian zewnętrznych i wewnętrznych, schody, okna, drzwi oraz dekoracje snycerskie. Zniszczeniu uległo wyposażenie i gromadzone przez lata pamiątki.

Ogromne szkody spowodowała również woda wykorzystana podczas akcji gaśniczej. Wniknęła w podwaliny, legary, płazy ścienne i konstrukcje ganków. Uszkodzone zostały też kominy, sklepienia oraz stropy.

Stan domu określono jako bardzo zły, miejscami awaryjny i stwarzający zagrożenie katastrofą budowlaną.

„Tam nie było czego remontować”

Jola i Lech podkreślają, żeby wykonywanych po pożarze prac nie nazywano remontem. – Tam nie było co remontować. To były prace budowlane przy odtworzeniu zabytku i prace konserwatorskie – wspomina Jola.

Trzeba było najpierw uprzątnąć pogorzelisko. Stopniowo usuwano gruz, spalone wyposażenie i elementy, których nie dało się zachować. Odpadów było tak dużo, że wywożono je wielkimi kontenerami.

Równocześnie właściciele starali się zabezpieczyć to, co ocalało. Zachowały się dwie pary wewnętrznych drzwi, część zewnętrznych okien, kilka ścian wewnętrznych oraz fragmenty zrębu na poziomie parteru.

Niektóre ze ścian były okopcone i nie wyglądały już idealnie, ale konserwator nalegał, aby ich nie rozbierać. Brakujące fragmenty uzupełniano nowymi belkami.

– Gdybyśmy dali wszędzie nowe drewno, wyglądałoby to ładniej. Ale konserwator chciał, żeby została oryginalna substancja. Dlatego stare drewno przeplata się z nowym – tłumaczy Jola.

Odtworzony dom dlatego nie jest kopią, rekonstrukcją a zabytkiem, w którym zachowane fragmenty świadczą o jego wieku i historii.

„Wszystko spinaliśmy dosłownie na styk”

Po pożarze wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Już 13 października konserwator sporządził protokół oględzin. Właściciele usłyszeli, że do 31 października muszą przygotować wniosek o dofinansowanie prac przy zabytku.

Mieli zaledwie kilkanaście dni.

Pierwszym głównym źródłem wsparcia było Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Właściciele wystartowali w konkursie dotacyjnym, jednocześnie starając się o pieniądze na opracowanie projektu budowlanego.

W lutym 2018 roku złożyli wniosek do wojewódzkiego konserwatora zabytków w Gdańsku o dofinansowanie dokumentacji. Otrzymane środki pozwoliły przygotować projekt odbudowy i rozpocząć procedurę uzyskania wymaganych pozwoleń. Projekt, uzgodnienia konserwatorskie, pozwolenie na budowę i umowy dotacyjne powstawały niemal równolegle. Wszystko odbywało się, jak określiła to Jola, „na styk”.

Bez dotacji nie byłoby szans
Autor: Darek Jędrzejewski Bez dotacji nie byłoby szans

Odbudowa była finansową układanką

Jedna dotacja nie wystarczyłaby na uratowanie tak dużego budynku. Oprócz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego prace wspierał wojewódzki konserwator zabytków oraz Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego.

Środki z jednej instytucji mogły być rozliczane jako wkład własny przy staraniu się o kolejną dotację. Bez takiego rozwiązania właściciele nie byliby w stanie zgromadzić wymaganych kwot.

Prace dzielono na etapy. Każdy z nich wymagał osobnego wniosku, kosztorysu, harmonogramu, umowy, wykonania robót w wyznaczonym terminie oraz konserwatorskiego odbioru.

Odbudowa wymagała wieloletniego pilnowania terminów i prowadzenia dokumentacji, śledzenia konkursów i łączenia pieniędzy z różnych programów.

– Nie było łatwo. Robiliśmy etap za etapem, ale doszliśmy do punktu, w którym jesteśmy – podsumowuje Jola.

Praca przy zabytku? Nie dziękuję! 

Właściciele wiedzieli, że nie będzie łatwo znaleźć odpowiednią ekipę budowlaną, ale nie spodziewali się, że będzie to aż takim problemem. Okazało się bowiem, że firmy nie chciały podejmować prac prowadzonych pod nadzorem konserwatorskim i rozliczanych w ścisłych terminach wynikających z umów dotacyjnych.

Branża wyspecjalizowana w ratowaniu zabytków jest niewielka. Dobre ekipy mają zamówienia na wiele miesięcy, a nawet lat.

Ostatecznie właściciele wrócili do lokalnej firmy, którą wcześniej odrzucili ze względu na wysoką cenę. Współpraca nie była łatwa, ale wykonawca potrafił zebrać kilkunastoosobową ekipę pracującą od rana do wieczora.

Dzięki dobrej organizacji kolejne etapy kończono w wymaganych terminach. Firma zajęła się wszystkimi pracami odtworzeniowymi - konstrukcją ścian, więźbą, pokryciem dachowym, stolarką, instalacjami i pracami wewnętrznymi. Doprowadziła budynek od pogorzeliska do stanu umożliwiającego zamieszkanie.

Wykonawca nawet angażował własne środki, zanim dotacje zostały wypłacone. Zamawiał drewno i inne materiały, wiedząc, że umowy są już podpisane. Dzięki temu prace nie musiały czekać.

Dach, szczyty i dekoracje odtworzono na podstawie dokumentacji

Po pożarze więźba dachowa i poddasze wymagały niemal całkowitego odtworzenia. Podstawą były zachowane fragmenty, pomiary, fotografie archiwalne oraz dokumentacja konserwatorska.

Zrekonstruowano drewniane szczyty, elementy elewacji, balustrady i ozdoby snycerskie. Nowe części musiały zachować historyczne proporcje, sposób podziału i materiał odpowiadający pierwotnej konstrukcji.

Konserwatorzy zalecili również odtworzenie nieistniejącego wcześniej ganku wschodniego na podstawie dawnych fotografii i detali zachowanego ganku południowego.

W miejscach, gdzie drewno zachowało odpowiednią nośność, stosowano naprawy ciesielskie. Elementy zniszczone zastępowano nowymi, ale wykonywanymi według dawnych wzorów.

Uszkodzone przez temperaturę kominy rozebrano do bezpiecznego poziomu, a następnie odbudowano, zachowując ich historyczne gabaryty, ale dostosowano je do współczesnych wymagań technicznych.

Dachówka - klasyczna holenderka, taka jakiej używano kiedyś powszechnie na Żuławach
Autor: Darek Jędrzejewski Dachówka - klasyczna holenderka, taka jakiej używano kiedyś powszechnie na Żuławach

Półtora roku w przyczepie przy pogorzelisku

Po pożarze rodzina przez kilka miesięcy mieszkała niedaleko w części starego domu należącego do jednego z mieszkańców Jazowej. Kiedy możliwość korzystania z tymczasowego mieszkania się skończyła, właściciele kupili używany domek holenderski i ustawili go na własnym podwórku.

Spędzili w nim półtora roku.

– Mieszkaliśmy w ciasnej przyczepie, ale patrzyliśmy, jak dom rośnie. To było piękne. Każdego dnia mieliśmy trochę inny widok, bo na oczyszczonym pogorzelisku pojawiały się kolejne nowe elementy domu, który dosłownie rósł na naszych oczach, choć powoli – wspomina Jola.

Wprowadzili się, gdy gotowa była połowa parteru

Kiedy po półtora roku gotowa była już część dolnej kondygnacji: duży salon, kuchnia, łazienka i jeden pokój nie czekali i postanowili się przenieść do domu. Byli szczęśliwi, że mogą się znów wprowadzić z dwoma synami do dawnego domu, pomimo że za ścianą w drugiej części nadal trwały roboty.

Druga połowa domu pozostawała nieruszona. Poddasze nie miało jeszcze okien, a otwory zasłaniała czarna folia. Nie było tam również ocieplenia. Zimą w budynku panował przenikliwy chłód.

Przed przeprowadzką dom odwiedził ksiądz podczas kolędy. Pobłogosławił gotową połowę budynku, a już następnego dnia rodzina zaczęła wnosić łóżka. Od tego momentu mieszkali już dosłownie na placu budowy.

Kolory odnalezione pod warstwami farby

Odtwarzanie domu nie ograniczało się do konstrukcji. Ważne były również barwy wnętrz. Kolejne warstwy farby zeskrobywano aż do najstarszych zachowanych powłok, aby ustalić historyczną kolorystykę.

W części pomieszczeń drewno pozostawiono w naturalnym kolorze i zabezpieczono bezbarwnym olejem. W jednym z pokoi gościnnych odtworzono szarobłękitną barwę, a w kolejnych – odcienie zieleni i mięty.

Jola początkowo obawiała się powrotu do dawnych kolorów. Nie była pewna, czy te historyczne odcienie będą pasowały do współczesnego wnętrza. Po zakończeniu prac zmieniła zdanie.

– Teraz nie zamieniłabym ich na inne. Te kolory przywołują dawne czasy – mówi. – Dodatkowo okazało się teraz, że są to bardzo modne odcienie i wiele znajomych osób remontując swoje nowe domy właśnie używa podobnych do tych na naszych ścianach. Więc nasz wiekowy domek jest zabytkiem na czasie – dodaje z uśmiechem

Uzyskanie właściwego odcienia nie było proste. Nie można było kupić gotowej farby z katalogu. Przygotowywano próbki, dodawano pigmenty i wielokrotnie poprawiano mieszankę, aż konserwator zaakceptował rezultat.

W jednym z pokoi pierwotnie znajdowała się również charakterystyczna tapeta. Ustalono jej wzór i rozważano rekonstrukcję, jednak zgodne z zaleceniami konserwatorskimi wykonanie okazało się niezwykle kosztowne. Właściciele zrezygnowali więc z tego elementu, pozostawiając olejowane drewno.

Dom zaprasza gości

Choć Jola i Lech od pięciu lat mieszkają w odbudowanym domu, prace nadal trwają. Właściciele stopniowo odtwarzają kolejne ganki. Czekają na materiały i dostępność rzemieślników, którzy mogą przyjeżdżać tylko między innymi zleceniami.

Największym niezrealizowanym zadaniem pozostaje poddasze. Po pożarze odtworzono jego konstrukcję, ale wnętrze jest obecnie otwartą przestrzenią bez dawnych ścian działowych.

Gospodarze chcieliby ponownie urządzić tam pokoje. Pamiętają, jak wyjątkowy klimat miała drewniana góra przed pożarem. Wiedzą jednak, że będzie to kolejny kosztowny i wymagający etap.

– To nasze marzenie. Nie twierdzimy, że nierealne, ale na razie jest pieśnią przyszłości – mówi właścicielka.

Na parterze udostępniają turystom dwa przepiękne zabytkowe pokoje. Można się w nich poczuć jak za dawnych czasów. W jednym z nich są zachowane oryginalne deski, okna i drzwi, których nie strawił ogień. Mieszkanie w takim wnętrzu to niezapomniane przeżycie.

Po pięciu latach prac, kolejnych wnioskach o dotacje, miesiącach spędzonych w przyczepie i zamieszkaniu na placu budowy drewniany zabytek w Jazowej ponownie stał się domem.

– Krok za krokiem działamy. Ludzie mówią nam, że warto i że to, co robimy, ma znaczenie. Takie wsparcie dodaje nam skrzydeł – dodaje na koniec rozmowy Jola.

Murator Remontuje #3: Pęknięta ściana, zalane sufity – jak to naprawić?
Materiał sponsorowany
Murator Google News
Murowane starcie
Prawdziwa cegła czy imitacje? MUROWANE STARCIE