Spis treści
- Młyn miał być dodatkiem
- Koło młyńskie – oryginał w każdym calu
- Najważniejsi byli ludzie - projektant i miejscowa ekipa
- Przeszklony salon powstał nad odsłoniętym kołem
- Nadwieszenia powiększyły dom
- W ostatnich latach: fotowoltaika i pompa ciepła
- Po latach widać też, co można było zrobić lepiej
- Do młyna doszły tarasy i altana
- Remont się skończył, konserwacja nie skończy się nigdy
Patryki znajdują się w najpiękniejszej części warmińskiej krainy, gdzie wsie leżą malowniczo pośród lasów pomiędzy małymi i średnimi jeziorami oraz morenowymi wzgórzami. Ten obszar położony na wschód od Olsztyna i na południe od szosy Barczewo – Biskupiec zachował wciąż urok i pejzaż dawnej Warmii. Pomiędzy miejscowościami wiją się wąskie, często jeszcze brukowane wiejskie i leśne trakty, które pamiętają konne wozy i furmanki. To kraina zagubiona w czasie i nie odkryta, na szczęście, dla masowej turystyki. Andrzej i Bożena kupili młyn nad Kośną w 1998 r. i początkowo nie planowali wielkiej przebudowy. Była to dla nich cicha przystań i miejsce wypoczynku od codziennych zajęć.
Młyn miał być dodatkiem
Kiedy Bożena i Andrzej kupowali młyn w Patrykach nie był on już w najlepszej kondycji. Oboje jeszcze pracowali, ale już myśleli o przyszłości i mieszkaniu bliżej natury, ale wyobrażali sobie raczej niewielki dom postawiony obok wiekowej budowli. Stary budynek młyna miał zostać zabezpieczony i pełnić funkcję pomocniczą. Na początku jednak traktowali go jako dom weekendowy, w którym można było odpocząć od trosk codzienności wsłuchując się w szum płynącej obok rzeki.
- Myśleliśmy, że postawimy sobie mały domek na tej naszej wyspie między rzeką a kanałem, a młyn będziemy zabezpieczali, żeby się tylko nie zawalił. Miał zostać budynkiem gospodarczym, pomocniczym, ale z charakterem. Potem, częściowo za namową dzieci, plany się zmieniły. Powiedzieliśmy sobie: może damy radę zrobić swój nowy dom w tym starym młynie.
Ta decyzja przesądziła o wszystkim. Projekt miał połączyć dwa zadania - stworzyć wygodny dom dla właścicieli i jednocześnie pokoje, w których będzie można przyjmować gości. Chcieli ocalić charakter przemysłowej architektury, ale nie mieli zamiaru przeprowadzać rekonstrukcji. Zdecydowali się na przebudowę z zachowaniem najważniejszych elementów i pamięci miejsca.
Koło młyńskie – oryginał w każdym calu
Stary młyn zbudowany został nad brzegiem młynówki – kanałem spiętrzającym wodę wykonanym kiedyś dla jego potrzeb. Naturalne, meandrujące koryto rzeki Kośnej leży kilkadziesiąt metrów dalej na zachód.
- Z zapisków, do których dotarliśmy, wynika, że młyn istniał w tym miejscu już kilkaset lat temu, choć oczywiście wcześniejsze budynki były mniejsze i z czasem je modernizowano – mówi Andrzej.
Obecny budynek powstał około 1880 r. a młyn funkcjonował do 1983 r. z tym, że w 1967 r. zakończyło pracę koło młyńskie.
Najcenniejszą pozostałością dawnego zakładu było 5-metrowej średnicy koło młyńskie. Sam budynek nie był chroniony wpisem do rejestru zabytków, co oczywiście ułatwiło przebudowę. Był jednak w wojewódzkiej ewidencji zabytków i konserwatorzy byli bardzo zainteresowani kołem młyńskim. Jeden z nich uważał, że tak duży oryginalny egzemplarz jest wyjątkowy nie tylko w Polsce.
Były nawet rozmowy, żeby to koło zdemontować i wyeksponować gdzie indziej. Dawny konserwator twierdził, że nie zna drugiego takiego koła - nie tylko w Polsce, ale być może w tej części Europy. Dla mnie najważniejsze było, żeby zostało tutaj. Udało się je zachować.
Koło jest konstrukcji stalowej i składa się z dwóch połączonych kręgów pomiędzy którymi zamontowane zostały łopatki. Jest podsiębierne, zawieszone bezpośrednio nad nurtem – woda napływała na łopatki od dołu i wprawiała je w ruch. Duża średnica była sposobem na wykorzystanie energii przy niewielkim spiętrzeniu i wolniejszym nurcie. Koło jest nie tylko świadectwem dawnej funkcji młyna, ale stało się jednym z najważniejszych elementów architektury rozbudowywanego młyna.
Najważniejsi byli ludzie - projektant i miejscowa ekipa
W Patrykach wiele decyzji zapadło podczas częstych rozmów projektanta z wykonawcami. Architekt Piotr Majewski był przyjacielem Andrzeja i bardzo mocno zaangażował się w realizację przebudowy. Miejscowa, rodzinna ekipa traktowała budowę tak jakby realizowała to dla siebie. Inwestorzy zawdzięczają jej mnóstwo pomysłów, dzięki którym prace mimo licznych trudności posuwały się do przodu. Nie bała się improwizować - ale zawsze w granicach rozwiązania zaakceptowanego konstrukcyjnie.
- Wybrałem ich trochę intuicyjnie. Przyjechali prosto z budowy, w roboczych kombinezonach. Ojciec był cieślą, pracował z dwoma synami. Krzysiek, starszy z nich, miał otwartą głowę i lubił nietypowe wyzwania. Najbardziej ceniłem to, że czasem proponowali rozwiązanie bardziej pracochłonne dla siebie, choć rozliczaliśmy się za etap, a nie za godziny. Robili to, bo uważali, że to się sprawdzi i będzie lepsze dla budynku. Tacy fachowcy są na wagę złota – mówi Andrzej.
Projekt przebudowy powstał w 2008 r., ale inwestorzy musieli czekać na pozwolenie na budowę aż trzy lata. Potrzebne były m.in. uzgodnienia Wojewódzkiego Urzędu Konserwatora Zabytków czy Wojewódzkiego Konserwatora Przyrody. Potem przyszedł czas przebudowy, który trwał kolejne 4 lata.
Przeszklony salon powstał nad odsłoniętym kołem
W okresie międzywojennym koło zostało zabudowane przybudówką, która pozwalała młynowi pracować także zimą. Podczas przebudowy właściciele postanowili ją usunąć i ponownie pokazać mechanizm. Z tego pomysłu wyrósł najbardziej widowiskowy fragment domu: przeszklony pokój dzienny wysunięty nad kołem.
Piotrek powiedział: Skoro odsłaniamy koło i chcemy, żeby było widoczne, to nad nim zróbmy porządnie ocieplony pokój dzienny. Dzisiaj z jednej strony widzimy, jak woda do nas dopływa, a z drugiej - jak odpływa. To był fantastyczny pomysł.
Najtrudniejsze było wykonanie podpór przy płynącej wodzie. Trzeba było zmniejszyć przepływ wody i obniżyć jej poziom w pobliżu młyna. Trzeba było wykonać tamy powyżej, gdzie od Kośnej odchodzi kanał młynówki i skierować więcej wody właściwym korytem rzeki.
Najpierw po demontażu przybudówki trzeba było wzmocnić kamienne fundamenty, na których opierało się koło młyńskie. Kiedy woda dostatecznie nisko opadła odbudowano kamienne fundamenty. Musiały być solidne, bo miały unieść dwa słupy podtrzymujące strop i widokowy, przeszklony pokój nad kołem młyńskim.
Ceglane słupy otrzymały żelbetowe rdzenie. Część prac prowadzono w korycie rzeki w woderach, a beton do wysokich rur szalunkowych, tworzących rdzeń podpory podawano wiadrami. Jeszcze bardziej kłopotliwy był fundament słupa stojącego w wodzie, na którym miał opierać się taras - trzeba było lokalnie obniżyć poziom rzeki, wykonać szalunek, który ekipa i inwestorzy nazywali „czarną skrzynką”, zazbroić i zalać gęstą zaprawą, która wypierała wciąż podciekającą od spodu wodę. Po związaniu konstrukcję obłożono kamieniem, by wizualnie harmonizowała z dawnym fundamentem.
Nadwieszenia powiększyły dom
Charakterystyczną cechą dzisiejszej bryły są dwa nadwieszenia górnych drewnianych kondygnacji. Z każdej strony jest ono wysunięte o ok. 2,5 m ponad murowaną część poniżej. Dzięki nim kondygnacje, które przy podstawie mają około 70 m², na wyższych poziomach zyskały po około 30 m² dodatkowej powierzchni.
- Stary cieśla cały czas pytał, gdzie będą zastrzały albo słupy. Piotr Majewski chciał tego uniknąć, bo zrobiłby się z tego inny budynek. Ostatecznie powstała konstrukcja trochę przypominająca drewnianą kratownicę. Wszystko było policzone. Największe belki nośne miały chyba około 24 na 26 centymetrów. Nasza ekipa wciągała je ręcznie na pierwsze i drugie piętro. To była niezwykle mozolna praca – wspomina Andrzej.
Kratownicę z drewnianych belek widać na zdjęciach z okresu budowy. Potem ten inżynierski majstersztyk zniknął pod materiałem izolacji cieplnej i poziomych desek elewacji.
Nadwieszenia wymusiły wymianę i powiększenie dachu. Stare krokwie zachowały się dobrze na dużej części długości, ale ich górne fragmenty były zbutwiałe. Uratowane drewno nie trafiło jednak na opał - wykorzystano je później w meblach i wyposażeniu. Na nowej konstrukcji dachu położona została blacha na rąbek, co było zgodne z oryginalnym pokryciem, które zostało zdemontowane. Zastosowano jednak nowoczesne panelowe arkusze, w których rąbkowe połączenia mają formę zacisków.
W ostatnich latach: fotowoltaika i pompa ciepła
Największa zmiana techniczna przyszła znacznie później. Najpierw na połaci od strony rzeki pojawiły się panele fotowoltaiczne o mocy około 7,4 kW. Układ paneli skonsultowano z projektantem tak, by instalacja nie dominowała w widoku od frontu. Następnie, mniej więcej dwa-trzy lata temu, stare ogrzewanie uzupełniła powietrzna pompa ciepła.
Komfort jest nieporównywalny. W każdej chwili można włączyć ogrzewanie, sterować ciepłą wodą, nie trzeba cały czas chodzić z drewnem. W największe mrozy, przy minus piętnastu czy osiemnastu stopniach, pompa oczywiście wspomaga się grzałką, ale na co dzień różnica jest ogromna.
Właściciel zadbał nawet o wygląd jednostki zewnętrznej. Standardowa biała obudowa zbyt mocno odcinała się od drewna i starego koła. Jako wzornik koloru posłużył zardzewiały fragment dawnego mechanizmu. Obudowę pomalowano na rdzawy odcień i urządzenie stało się znacznie mniej widoczne. Kominek pozostawiono - dziś służy głównie rekreacyjnie.
Po latach widać też, co można było zrobić lepiej
Młyn działa, jako dom od wielu lat, więc przebudowę można oceniać nie z perspektywy świeżo zakończonej budowy, lecz codziennej eksploatacji. Właściciel nie zmieniłby głównych założeń, ale wskazuje kilka rzeczy, które dziś zaprojektowałby lub dopilnował inaczej.
Ogromne przeszklenia są piękne, tylko że część okien jest osiem czy dziewięć metrów nad ziemią. Z zewnątrz myje je człowiek z długimi lancami, a drewniane szprosy wymagają już miejscami konserwacji. Druga rzecz to rynny. Na najwyższej połaci nie dopilnowaliśmy zabezpieczeń przed liśćmi. Teraz widzę nawet brzózkę, która próbuje wyrosnąć w jednej rynnie, a dostęp tam jest bardzo trudny.
Z czasem ujawniło się też chłodniejsze miejsce przy ścianie północnej. Właściciel uważa, że przydałaby się tam nieco grubsza warstwa izolacji. Raz, podczas silnego mrozu, zamarzło zasilanie wodne do rzadko używanej łazienki. Instalacja przetrwała, ale od tej pory w czasie dużych mrozów woda jest tam profilaktycznie spuszczana.
Do młyna doszły tarasy i altana
Nie wszystkie późniejsze prace dotyczyły samego budynku. Przy saunie powstał niższy taras i zejście bliżej rzeki. Właściciel stopniowo wymienia także pojedyncze deski modrzewiowego tarasu w miejscach, gdzie po latach osłabiła je wilgoć.
- Nowym obiektem jest także altana. To częściowo przeszklona, zadaszona przestrzeń z dużym stołem i piecem chlebowym. Pierwotnie miała przejąć letnie gotowanie, ale z czasem jej funkcja się nieco zmieniła. Kupiliśmy młyn i ziemię dookoła. Nie było stodoły ani obory, gdzie można trzymać narzędzia, sprzęt ogrodniczy czy różne rzeczy potrzebne przy takim gospodarstwie. Altana miała być miejscem do gotowania i odpoczynku, ale część jej zaplecza stała się po prostu warsztatem i magazynem. I chyba właśnie tego brakowało nam najbardziej - stwierdza na koniec Andrzej.
Młyn Patryki, choć nie pełni już swojego podstawowego zadania jest wciąż obecny w pejzażu doliny Kośnej i zanosi się, że będzie go urozmaicał jeszcze bardzo długo. Nie rzuca się w oczy, ale chyba trudno byłoby sobie wyobrażać okolicy bez tego charakterystycznego budynku pochylonego nad korytem rzeki.
Remont się skończył, konserwacja nie skończy się nigdy
Młyn Patryki nie jest dziś ani zabytkiem oglądanym zza ogrodzenia, ani stylizowanym hotelem. To przede wszystkim zamieszkany dom, który nadal pracuje razem z wodą, drewnem i zmieniającymi się porami roku. Właściciele nie planują już wielkich inwestycji. Zostały drobne usprawnienia, konserwacja stolarki, rynien i tarasów, schodki czy zejście do rzeki oraz pielęgnacja ogrodu.
Taki budynek daje wystarczająco dużo pracy. Co chwilę trzeba coś przykręcić, poprawić, zakonserwować. Nie kombinujemy już z kolejnymi dużymi inwestycjami. Chcemy po prostu korzystać z tego, co mamy i żyć tu możliwie bezstresowo.