Znacie to: rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady. Ono naprawdę to zrobili. Trzy stare domy odmieniły życie Jagody i Macieja

W pewnym momencie stwierdzili, że muszą coś zmienić w swoim życiu. To „coś” okazało się rewolucją. Zostawili Szczecin i wyjechali w Bieszczady szukać swojego szczęścia. Chcieli zamieszkać w górach i spróbować prowadzić agroturystykę. Myśleli, że kupią działkę z domem do remontu. Nie było takich ofert, więc kupili działkę w Lutowiskach, a dom sprowadzili sobie spod Rzeszowa. Tak zaczęła się trwająca już ponad 20 lat historia o budowaniu, ratowaniu starych domów i pasji, o którą się nie podejrzewali.

Maciej dużo pracował w Niemczech i często nie było go w domu. Jagoda zostawała sama. W pewnym momencie uznali, że zamiast dalej funkcjonować w ten sposób, trzeba spróbować czegoś zupełnie innego. Wybór padł na Bieszczady. Na początku XXI wieku były jeszcze dość odludne, a ceny ziemi znacznie niższe niż w wielu innych górskich regionach Polski.

Lutowiska. Tu była działka na sprzedaż

Dzisiaj działki i domy wyszukuje się w internecie. W 2004 roku wyglądało to inaczej. Jeździło się po wsiach, pytało mieszkańców, szukało ogłoszeń i ludzi, którzy wiedzieli, że ktoś zamierza sprzedać ziemię.

Pierwotny plan zakładał zakup starego domu z kawałkiem ziemi. Budynek miał zostać wyremontowany, a później służyć im i przyjeżdżającym w Bieszczady gościom. Szybko przekonali się jednak, że znalezienie takiej nieruchomości jest trudne.

Znajomi z Cisnej skierowali Jagodę i Macieja do ówczesnego właściciela Starego Sioła. To on podsunął rozwiązanie, które z dzisiejszej perspektywy stało się punktem zwrotnym w ich dotychczasowym zyciu. Zamiast szukać działki ze starym domem, można przecież kupić samą ziemię, znaleźć drewnianą chałupę gdzie indziej, rozebrać ją i złożyć ponownie w Bieszczadach.

W Lutowiskach właśnie była działka na sprzedaż. Przyjechali, obejrzeli i kupili ziemię, na której mieszkają do dziś. Przyszedł czas poszukiwanie domu do przeniesienia.

- Ja nie miałem wtedy zielonego pojęcia o przenoszeniu domów. Wytłumaczył mi to gospodarz Starego Sioła. Był w tamtym czasie jednym z prekursorów przenoszenia domów w Bieszczady. Miał kontakty i wyszukiwał stare domy nadające się do tego celu. Znalazł nam drewnianą chałupę w Świlczy pod Rzeszowem – mówi Maciej.

Wyjechaliśmy ze Szczecina, ponieważ postanowiliśmy coś zmienić w życiu. Ja pracowałem wtedy dużo w Niemczech i często nie było mnie w domu. Jagoda została w Szczecinie. Może nie tyle życie nam się rozjeżdżało, ile doszliśmy do punktu, w którym trzeba było coś z nim zrobić. Znajomi pod Poznaniem mieli małą agroturystykę i dzięki nim wpadliśmy na pomysł, że też możemy spróbować: sprzedać wszystko, co mamy, i wyprowadzić się gdzieś. Jagoda zawsze chciała być w górach, a ja pochodzę z Przemyśla, więc znałem te rejony. W pół roku decyzja dojrzała.

Ten dom ich wcale nie zachwycił

Dom w Świlczy wyglądał jak wiele starych drewnianych budynków na Podkarpaciu – prosta bryła, szalówka, dwuspadowy dach, eternit. Nie uroda zdecydowała o zakupie, lecz konstrukcja i rozmiary. Budynek miał około 6 m szerokości i 14 m długości, a od podłogi do belek stropowych było około 3 m. Belki miały potężne przekroje, około 22 x 22 cm. Jak na wiejską chałupę z okresu międzywojennego był to duży i wysoki budynek.

- Szukaliśmy domu dużego, bo miał pomieścić nas i agroturystykę. Ten nie był najpiękniejszy, ale był naprawdę obszerny, a dodatkowo te 3 m wysokości do stropu - to było coś - opowiada Maciej. 

Dom powstał w 1932 roku. Według przekazanej przez dawną właścicielkę rodzinnej historii 300 dolarów na jego budowę pochodziło z posagu jej matki i od rodziny w Ameryce. Budowała go kilkunastoosobowa żydowska ekipa ciesielska. Co ciekawe, jodłę na konstrukcję pozyskano w Bieszczadach i furmankami przewieziono w okolice Rzeszowa. Po ponad 70 latach drewno miało więc odbyć drogę powrotną.

Stan konstrukcji okazał się zaskakująco dobry. Do wymiany kwalifikowało się mniej niż 10% belek, w tym podwalina, którą podczas przenoszenia drewnianych domów i tak zazwyczaj się zastępuje. Uszkodzona była również jedna belka podokienna w rejonie dawnej kuchni. Resztę zrębu można było zachować. Tylko że najpierw trzeba było nauczyć się, jak cały ten dom rozebrać, a potem złożyć na nowo w innym miejscu.

  • Wielki podcień z 10 kolumnami. Nie przejdziesz obok niego obojętnie. Jak mieszka się w 200-letnim domu na Żuławach?
Lutowiska - Magoda
Autor: Magoda/ Archiwum prywatne Lutowiska - Magoda

Ekipa nie przyjechała – nauczył się ciesielstwa

Plan był taki, że konstrukcję złoży fachowa ekipa. Ta jednak się „posypała”. Wiedza przekazana przez pana Wójcika musiała wystarczyć. Do rozbiórki w Świlczy udało się znaleźć przypadkowych pomocników. W Lutowiskach było jeszcze trudniej o ludzi. Ostatecznie przy składaniu domu pomagali 17-18-letni chłopcy zatrudnieni podczas wakacji. Doświadczenia w przenoszeniu starych budynków nie miał w tej prowizorycznie skleconej ekipie nikt. Wtedy do Macieja dotarła myśl, że nie ma innej rady - to on musi nauczyć się ciesielstwa. Przenosiny i budowa domu w Lutowiskach to była pierwsza długa lekcja zawodu.

Najpierw nauczył się rozpoznawać konstrukcję. Potem ją rozbierać. Następnie dopasowywać stare elementy, zastępować zniszczone, obrabiać drewno i składać zrąb. Z czasem przyszły kolejne maszyny, własne rozwiązania, następne budowy i coraz większa wiedza o tradycyjnej architekturze drewnianej.

Dom, który otrzymał nazwę Magoda, od pierwszych liter imion nowych właścicieli, został złożony do stanu surowego w około miesiąc. Wykończenie trwało około ośmiu miesięcy. Większość robót gospodarz wykonywał sam, a dodatkowym ograniczeniem były pieniądze.

Nie zdążyli przed zimą – znaleźli obok drugi dom

Podczas prac stało się jasne, że Magoda nie będzie gotowa przed zimą. Trzeba było znaleźć miejsce, w którym uda się przeczekać kilka miesięcy. Tuż obok działki stała stara chyża bojkowska. Jej stan był taki, że pierwszą myślą było raczej – rozebrać a nie remontować. Budynek zapadł się po obu stronach mniej więcej o pół metra. Miał gołe ściany, starą podłogę, siano nad głową i dach pokryty eternitem. Mimo wszystko był tam piec i woda. Chałupę udało się Jagodzie i Maciejowi kupić.

Przez pierwszą zimę służyła jako prowizoryczne mieszkanie. W najlepszym razie udawało się w niej utrzymać około 15°C, a rano temperatura potrafiła spaść w okolice zera. Kiedy Magoda była gotowa, gospodarze przeprowadzili się do niej, uruchomili agroturystykę, a rozpadająca się Bojkowska mogła przejść prawdziwy remont.

Bojkowska - oryginał prawie do ostatniej deski
Autor: Magoda/ Archiwum prywatne Bojkowska - oryginał prawie do ostatniej deski

Bojkowska miała być wierna tradycji

Przy Magodzie najważniejsze było, żeby powstał dom, w którym można mieszkać i przyjmować gości. W Bojkowskiej cel był już inny. Jagoda i Maciej postanowili możliwie wiernie zachować tradycyjny sposób budowania.

Pozostawiono stare krokwie, choć rozstaw między nimi dochodził do około 120 cm. Zastosowano grubsze deskowanie, żeby konstrukcja mogła przenieść obciążenie. Zamiast łatwiejszego pokrycia powstał dach z drewnianego, ręcznie wykonanego gontu. Nie maszynowego, a ręcznego od początku do końca. – To było wyzwanie. Podjąłem się tego sam. Pomógł mi znajomy. Nauczyłem się robić gonty tak jak robili je dawni rzemieślnicy w Bieszczadach. Na dach potrzeba było około 16 tys. elementów. Samo zdobycie odpowiedniej jodły nie było proste. Przygotowanie materiału i gontów zajęło półtora roku, ale się udało – mówi Maciej.

Podobnie potraktowali wnętrze. Zachowali około stuletnie drzwi wejściowe z szerokich, ręcznie dartych desek. Maciej sam wykonał drzwi wewnętrzne, a zamiast nowych klamek kupił kilkadziesiąt starych okuć i z nich skompletował potrzebne zestawy.

Deski na poddaszu mają różne szerokości. Wkręty zostały ukryte pod drewnianymi kołkami. Stopnie schodów powstały ze starych, bardzo szerokich elementów powały. Ich wykonanie zajęło około dwóch miesięcy.

Do trzech razy sztuka – Wołoska

Po uruchomieniu Magody i wyremontowaniu Bojkowskiej Jagoda i Maciej zaczęli myśleć wreszcie o miejscu dla siebie.

- Magoda od początku miała służyć agroturystyce, dlatego trzeba było urządzić tu między innymi pięć łazienek. Na nasze prywatne życie zostało znacznie mniej miejsca - jeden pokój, łazienka i kuchnia wspólna z gośćmi. – Żyliśmy trochę jak w akademiku – uśmiecha się Maciej.

Po kilku latach życia niemal bez prywatności dojrzeli do decyzji o budowie trzeciego domu – tym razem wyłącznie dla siebie. Tyle że po dwóch wcześniejszych inwestycjach pieniędzy nie było zbyt wiele.

- Wymyśliłem wtedy, że ten dom zrobię jak najniższym kosztem. Materiał na ściany pozyskam za darmo, bo okazało się, że niektórzy gospodarze oddawali stare domy za samo wyczyszczenie placu. Znalazłem koło Leska dom, który do połowy był cały, a druga połowa zgniła. Wziąłem z niego zdrową część. W międzyczasie znalazłem w Lutowiskach drugi dom, zgniły po przeciwnej stronie. Właściciele się bardzo ucieszyli, że ktoś go rozbierze. Przywiozłem drugą zdrową część i połączyłem je w jedną całość – opowiada Maciej.

Zdrowe fragmenty zrębów zostały zestawione razem i stworzyły konstrukcję nowego domu. Tym razem cały proces był już świadomie zaplanowany. Powstał projekt i nowe fundamenty punktowe.

Stary dom nie musi być skansenem

Ocalenie drewnianego domu w celu zamieszkania nie polega na tym, żeby za wszelką cenę odtworzyć warunki życia sprzed stu lat. To nie jest skansen. Potrzebne są współczesne instalacje, izolacja cieplna, łazienki, sprawne ogrzewanie i wygodna kuchnia. Sztuka polega raczej na znalezieniu granicy pomiędzy tym, co warto zachować, a tym, co należy dostosować do współczesnych potrzeb.

Stare zrębowe ściany wymagają przemyślanego ocieplenia. Przy wykonywaniu warstw od środka trzeba przewidzieć również miejsce na instalacje.

Także wnętrze nie powinno tonąć od podłogi po sufit w drewnie.

- Nie doradzam, żeby wszystko robić w drewnie. Drewno z czasem, jakie by nie było i czym nie było malowane, zawsze trochę zżółknie albo dostanie patyny. Robi się ciemniejsze. Człowiek zaczyna wtedy mieszkać trochę jak w drewnianym pudełku. Lepiej przełamać to jasną ścianą, tynkiem, płytą czy innym materiałem. Jest jaśniej i można operować kolorem – mówi Maciej.

W Bojkowskiej kompromisem okazała się nawet... kuchnia z Ikei. Pierwszą właściciel zrobił sam – z ceglanymi postumentami i okapem wykończonym gontem. Wyglądała odpowiednio, ale intensywne użytkowanie przez turystów szybko wykazało jej niedoskonałości. W końcu zastąpiła ją współczesna zabudowa, która dobrze wpisała się w stare wnętrze, a była nieporównanie wygodniejsza.

Obok tradycyjnych rozwiązań działa też elektryczne ogrzewanie podłogowe. W Magodzie od ponad dwóch dekad podstawowym źródłem ciepła pozostają natomiast dwa kominki współpracujące z systemem dystrybucji gorącego powietrza.

Magoda, Bojkowska, Wołoska i zupełnie inne życie

Nie przypuszczali, że przypadkowo kupiona działka w Lutowiskach i stary drewniany dom znaleziony pod Rzeszowem wyznaczą im zupełnie nową drogę. Z potrzeby nauczenia się, jak rozebrać i ponownie złożyć drewnianą chałupę, narodziła się pasja. Po ponad 20 latach są tu trzy stare domy, a człowiek, który na początku „nawet dobrze nie operował piłą”, jest cieślą specjalizującym się w tradycyjnym budownictwie drewnianym. Ma na swoim koncie już wiele realizacji.

- Trzeba było mieć dom, więc znaleźliśmy starą chałupę. Trzeba było ją przenieść, więc należało nauczyć się ją rozbierać i składać. Trzeba było dorobić brakujący element, więc trzeba było nauczyć się obróbki drewna. Potrzebne były deski – pojawiła się frezarka. Potrzebny był gont – powstały kolejne narzędzia i maszyny. Wraz z każdym rozwiązanym problemem rosła wiedza. Z wiedzy powstało rzemiosło. A z rzemiosła – pasja i sposób na życie. Teraz to już nie wiem, czy to my znaleźliśmy w Bieszczadach stare drewniane domy, czy może właśnie te one znalazły nas – zastanawia się Maciej.

Rozmowa Muratora: Michał Głowacki, Dyrektor Generalny Sprzedaży i Commercial Performance w Holcim Polska| Forum Ekonomiczne w Karpaczu
Murowane starcie
Dom – ekologiczny czy tradycyjny? MUROWANE STARCIE