Nieodpowiedzialnie zachwyceni pejzażem Lubomierza kupili stary dom do remontu. Potem z ciastem prosto z piekarnika polowali na ekipę marzeń, teraz prowadzą dom gościnny

Przyjeżdżali na Dolny Śląsk zachwycać się widokami, a skończyli jako gospodarze domu, który kupili niemal w ruinie i przez dwa lata doprowadzili ponownie do życia. Po drodze był pośpiech, brak biznesplanu, przeprowadzka z całym dobytkiem w jednym samochodzie, walka o ekipę remontową i pomysł na agroturystykę, który narodził się dopiero w trakcie pracy.

Marta i Przemek nie mieli budowlanego doświadczenia. Oboje pracowali jako graficy, a decyzję o zakupie domu podjęli bardziej sercem niż chłodną kalkulacją.

– Patrząc dziś z perspektywy czasu, była to decyzja bardzo spontaniczna. Nie mieliśmy biznesplanu ani szczegółowego harmonogramu. Po prostu zakochaliśmy się w tym miejscu – wspominają.

Spacerkiem po dom w Milęcicach

Historia Marty i Przemka zaczęła się od częstych wyjazdów na Dolny Śląsk. Najpierw przyciągały ich krajobrazy, potem coraz wyraźniej także atmosfera regionu, zabytkowa architektura i poczucie, że właśnie tutaj mogliby naprawdę zamieszkać. Przełom przyszedł podczas spaceru z Janic do Lubomierza. - Któregoś razu w piękny wrześniowy słoneczny dzień odbyliśmy spacer z Janic do Lubomierza i u celu wycieczki usiedliśmy sobie w pewnej pizzerii na rynku w Lubomierzu. I wtedy w tamtym lokalu, patrząc, w stronę wzgórza, na którym znajduje się klasztor poczuliśmy się jak w jakimś włoskim miasteczku. Wtedy podjęliśmy decyzję, że tutaj chcemy zamieszkać. Następnego dnia umówiliśmy się panem burmistrzem, bo stwierdziliśmy, że musimy po prostu zapytać, czy nie ma w Lubomierzu jakiejś nieruchomości do kupienia i remontu. Niestety okazało się, że nie ma, ale los tak zrządził, że spotkaliśmy na naszej drodze Marcelę i Michała, którzy remontowali dom w Lubomierzu. Od nich dowiedzieliśmy się o domu do remontu w pobliskich Milęcicach. To był impuls i o świcie wyruszyliśmy piechotą do położonej wśród łąk pod Lubomierzem wioski. Po południu zapadła już decyzja, że kupujemy - mówi Przemek. To był 2021 r.

Szybki zakup i ekspresowe przenosiny

Zakup odbywał się w nietypowych okolicznościach. Przemek niestety poważnie zachorował, więc Marta, nie mając prawa jazdy zmuszona była dojechać pociągiem do biura notarialnego, gdzie finalizowano sprawę zakupu. Dodatkowo wiozła gotówkę w plecaku. Jakby tego było mało, to cała sytuacja u notariusza też wyglądała ciekawie. - Ten dom kupowaliśmy od ośmiorga rodzeństwa. W kancelarii był tłum ludzi. Wszystkie pokoje były pootwierane, wszędzie siedzieli jacyś ludzie. Ale udało się sfinalizować transakcję i staliśmy się właścicielami nieruchomości z przepięknym widokiem na klasztor w Lubomierzu.

w ciągu 3-4 miesięcy sprzedaliśmy nasz dom w Warszawie i przyjechaliśmy tutaj spakowani w jeden samochód, w którym mieliśmy tylko kwiatki, książki, obrazy, bo udało nam się nasz poprzedni dom sprzedać z całym wyposażeniem, całe szczęście, bo transport kosztuje – uśmiecha się Przemek.

- Ja chciałbym tylko dodać, że chyba nie powinno się tak postępować jak my, bo nasze działania były całkowicie spontaniczne i można by nawet powiedzieć, że w dużej mierze nierozsądne. To była jedna wielka spontaniczna akcja i wszyscy nasi bliscy, na wieść o naszych przenosinach, pukali się w głowę – dodaje Marta.

Zanim dotarliśmy do Milęcic, to tak naprawdę my tu mieszkaliśmy w myślach już od dawna. Odwiedzaliśmy ten teren regularnie, chłonęliśmy jego piękno, zarówno przyrodę jak i architekturę. W pewnym momencie zadziałał impuls, bo trudno nam było wcześniej wybrać to jedno miejsce. I tak się chyba stało, że to miejsce nas wybrało i to ułatwiło i przyspieszyło cały proces przenosin.

Nowy dom i zmiana planów

Spontaniczność z jaką zakupili działkę z zabudowaniami starego gospodarstwa wykluczyła początkowo jakiekolwiek planowanie. Najpierw była decyzja o ratowaniu domu, później życie podpowiedziało, jak ten projekt ma funkcjonować – przyznają gospodarze. Marta i Przemek są grafikami i po pierwsze nie znali się na remontach i budowaniu, a po drugie w ogóle nie myśleli o działalności, którą teraz prowadzą, czyli dom gościnny. Początkowo zakładali, że remont będzie trwał wiele lat. Szybko okazało się jednak, że rzeczywistość wymusiła znacznie szybsze tempo prac.

- To pierwotnie miała być po prostu chałupa, w której będziemy mieszkać w „pięknych okolicznościach przyrody” i będziemy ją przez następnych 20 lat spokojnie remontować, dachówka po dachówce, gwoździk po gwoździku. Szybko się jednak okazało, że jednak zamykając swoje warszawskie życie musimy znaleźć pomysł na życie w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu. Tak zrodził się pomysł domu gościnnego, choćby z racji, że mieliśmy w Milęcicach możliwość wykorzystania dużej powierzchni budynku. Jednak, żeby go zrealizować potrzebny był wielki i szybki remont. My zaczęliśmy go sami jeszcze myśląc „po staremu”, czyli że będziemy mieszkać i remontować, ale już w trakcie stwierdziliśmy, że nie damy rady, bo przecież nie jesteśmy budowlańcami.

Wietorówka przed zakupem i remontem w październiku 2020
Autor: Wietorówka/ Archiwum prywatne Wietorówka przed zakupem i remontem w październiku 2020

Polowanie na „ekipę marzeń”

Remont, który doprowadzi nasz dom do stanu, w którym będziemy w nim mieszkać i móc przyjąć gości przeprowadziliśmy nieprzyzwoicie szybko – mówi Przemek. Zrobiliśmy to tylko dzięki cudownej lokalnej ekipie budowlanej. To jest klucz do sukcesu i powtarzam to teraz każdemu. Bez niej nie zrobilibyśmy absolutnie nic!

Marta i Przemek nazwali swoją ekipę „ekipą marzeń”. Żeby skorzystać z jej usług zwykle trzeba było ustawić się w kolejce a oczekiwanie na nią może zająć i 2 lata. - My nie mieliśmy czasu i rozpoczęliśmy polowanie. Dowiadywaliśmy się gdzie aktualnie prowadzą roboty i następnego dnia tam jechaliśmy. Marta z samego rana wstawała, piekła ciacho, po czym wsiadaliśmy do naszej „skrzynki na narzędzia” jak nazywaliśmy nasz samochód i jechaliśmy szlakiem ekipy marzeń – śmieje się Przemek. – łapaliśmy ich w trakcie pracy podczas przerwy na kawę częstowaliśmy ciastem, rozmawialiśmy i namawialiśmy, żeby przyjechali choćby obejrzeć nasz dom. I się udało, odwiedzili nas! Od tego momentu remont ruszył z kopyta.

Dom zachowany, ale bardzo zniszczony

Z zewnątrz budynek nie wyglądał jeszcze najgorzej. To częste w starych domach - bryła trzyma formę, choć konstrukcja i wnętrze są w stanie wymagającym natychmiastowej interwencji. W Milęcicach najpilniejsze były dach i mury.

– Najpilniejszej potrzeby? Dach i mury, bo fragment domu się walił – mówią właściciele. Pokrycie przypominało „szwajcarski ser”. Jak patrzyłeś w górę, dziura na dziurze. Każda dachówka miała kilka dziur, a oprócz tego niektórych dachówek w ogóle nie było. To powodowało zawilgocenie elementów więźby i jej osłabienie – opowiadają.

Przez nieszczelności woda latami wlewała się do wnętrza miejscami niszcząc także deski stropowe i podłogowe, a w jednej części domu przecieki doprowadziły do naruszenia sklepień i osłabienia ściany.

Problemem była również dobudowana część gospodarcza, prawdopodobnie z lat 20. XX wieku. Choć na pierwszy rzut oka tworzyła z domem jedną bryłę, wykonano ją inną technologią. Ściany były szczelinowe, miejscami wypełnione powietrzem i luźnym materiałem, a całość zaczęła się rozsypywać. Po rozebraniu tej części odsłoniły się starsze detale domu, między innymi pierwotne piaskowcowe narożniki.

Paradoksalnie właścicielom pomogło to, że powojenni gospodarze przez dekady nie przeprowadzili gruntownej modernizacji. Nie było warstw styropianu, przypadkowych obudów i dużych przeróbek, które często niszczą stare domy.

– Takiego domu szukaliśmy. Zależało nam, żeby nie był już remontowany. Mógł być zaniedbany, ale zachowany w swojej pierwotnej postaci – podkreśla Przemek.

Wietorówka aktualnie
Autor: Wietorówka/ Archiwum prywatne Wietorówka aktualnie

Remont w ekspresowym tempie

Dali sobie rok na doprowadzenie budynku do podstawowej używalności. W pierwszym etapie trzeba było wymienić dachówkę i dużą część więźby, zabezpieczyć konstrukcję przed dalszym zawilgoceniem, naprawić ściany, wykonać przydomową oczyszczalnię, doprowadzić wodę, zrobić kotłownię, ogrzewanie i stolarkę okienną. Po wykonaniu dachu ściany, nawet jeśli miejscami były wcześniej mokre, zaczęły szybko wysychać. To był punkt zwrotny, bo można było przejść do dalszych prac.

– Rok czasu zajęła nam wymiana dachu, generalny remont, założenie oczyszczalni przydomowej. Dom nie był jeszcze otynkowany, ale suchy, zabezpieczony już miał wodę, pokrycie, oczyszczalnię, ogrzewanie i wyremontowane jedno pomieszczenie – mówi Marta.

Na początku wynajęli małe mieszkanie w Janicach. Był to ich azyl po pracy na budowie. Sami podkreślają, że gdyby zamieszkali od razu w remontowanym domu, w przyczepie albo w prowizorycznych warunkach, prawdopodobnie nie wytrzymaliby psychicznie.

– Gdyby nie to, że mieliśmy spokojne miejsce, do którego mogliśmy wrócić po fajrancie na budowie, to byśmy zwariowali. Remont mieszkając na miejscu, na gruzie, w namiocie czy przyczepie, byłby nie do zniesienia. Nie dalibyśmy chyba rady – mówią oboje.

Zasada remontu: nie psuć, nie niszczyć

Najważniejszą decyzją remontową było przyjęcie konserwatorskiego podejścia. Marta i Przemek nie chcieli zrobić ze starego domu nowego budynku w historyzującym kostiumie. Chcieli zachować jak najwięcej oryginalnej substancji.

– Naszą zasadą w całym tym remoncie było to, żeby nie cofać się, żeby wszystkie napotkane rafy przekuwać na nasz własny pożytek. Nie chcieliśmy wprowadzać rewolucji, po pierwsze, żeby zachować starą tkankę tego obiektu, a po drugie dlatego, że układ domu zaczął się zgadzać z tym, co chcieliśmy tu robić – tłumaczy Przemek.

Najcenniejsza okazała się główna skorupa budynku. Ściany zewnętrzne pozostały oryginalne. Wymieniono całą dachówkę i dużą część konstrukcji dachu, ale struktura murów została zachowana.

W środku odkryli prawdziwą budowlaną mozaikę: ściany murowane, konstrukcje ryglowe, mur pruski, szachulec.

– Mieliśmy taki jeden pokój, gdzie były trzy rodzaje wypełnienia rygla. Był szachulec, był strychulec i był pruski mur – opowiadają.

Takie odkrycia dla wielu inwestorów byłyby problemem. Dla nich stały się wartością. Nie próbowali ujednolicać domu na siłę. Pokazali jego historię, warstwy i niejednorodność.

– My mieliśmy taką zasadę, żeby nie psuć, nie niszczyć – mówią. To właśnie za to podejście w 2023 r. otrzymali nagrodę Ruinersa Roku przyznawaną przez portal slowhop.com w kategorii ocenianej przez specjalistów, historyków sztuki, konserwatorów zabytków, właścicieli historycznych obiektów.

Dawna obora - sklepienie wsparte na kolumnach zauroczyło Martę i Przemka
Autor: Wietorówka/ Archiwum prywatne Dawna obora - sklepienie wsparte na kolumnach zauroczyło Martę i Przemka

Piętro dla gości bez burzenia dawnego układu

Na piętrze zachował się dawny układ wielu pomieszczeń. Było to typowe dla dużych, wielopokoleniowych domów wiejskich, w których mieszkało więcej osób, a część przestrzeni mogła być używana sezonowo. Ten podział dobrze odpowiadał przyszłej funkcji o jakiej nowi gospodarze pomyśleli już w trakcie remontu.

– To były domy wielopokoleniowe, przez co tych pomieszczeń naprawdę jest dużo. U nas zgodziły się dwie rzeczy: nasze plany i to, jak ten dom był wcześniej zorganizowany – mówi Przemek.

Ingerencje ograniczono do minimum.

– Jak robiliśmy pokoje na górze, to radykalnych ruchów nie było. Tylko łazienki wydzielaliśmy. Nie było burzenia konstrukcji ani wprowadzania rewolucji – wyjaśniają.

Dzięki temu pokoje dla gości nie są anonimowymi wnętrzami po generalnej przebudowie, lecz częścią dawnego domu, w którym nadal czytelna jest jego historia.

Galeria i zewnętrzne schody

Jedną z ważniejszych nowych interwencji była drewniana galeria ze schodami prowadzącymi na piętro. Rozwiązanie miało praktyczny sens: goście mogli korzystać z niezależnego wejścia, a gospodarze zachowywali prywatność w swojej części domu.

– Goście mogą sobie wchodzić niezależnym wejściem. Oni czują się swobodnie i my czujemy się swobodnie, bo mamy niezależne wejście do tego samego budynku – mówią właściciele.

Forma galerii nie została jednak wzięta z katalogu. Właścicieli zainspirowały podobne rozwiązania widziane w innych pensjonatach oraz lokalna architektura okolic Lubomierza, Pławnej i Kleczy, gdzie drewniane balkoniki i zewnętrzne komunikacje pojawiały się w dawnych domach.

– Projektując to, chcieliśmy za wszelką cenę nawiązać do miejscowej architektury. Nawet jeśli robimy coś nowego, to żeby tego domu nie popsuć – tłumaczą.

Podobną zasadę stosowano przy innych zmianach. Otwory okienne powiększano ostrożnie, a okna dachowe pojawiły się od strony ogrodu. Frontowa bryła domu pozostała możliwie niezmieniona.

Wernisaż wystawy Sami swoi - Marta i Przemek realizują artystyczne projekty, w których Lubomierz i okolice grają główną rolę
Autor: Wietorówka/ Archiwum prywatne Wernisaż wystawy "Sami swoi" - Marta i Przemek realizują artystyczne projekty, w których Lubomierz i okolice grają główną rolę

Remont, który wciąż trwa

– W pierwszym etapie remontu dom nie był jeszcze otynkowany, ale w środku było wszystko zrobione. Ściany były ponaprawiane, na parterze położone tynki, była kotłownia, ogrzewanie i okna. Piętro było jeszcze nieruszone, nieocieplone, ale ponieważ nadchodziło lato, mogliśmy się wprowadzić na dół – wspominają.

Pierwszy wyremontowany apartament dla gości na dole zaczął zarabiać na dalsze etapy prac, a następnie przygotowano pokoje na górze. Nadal nie wszystko jest skończone. Strych pozostaje niezagospodarowany; ocieplony jest strop nad piętrem, ale nie sam dach. Na swoją kolej czekają też kolejne elementy gospodarstwa, w tym stodoła, chociaż jest już wykorzystywana.

To ważna lekcja z remontu starego domu: nawet jeśli budynek zaczyna działać i wyglądać dobrze, proces nie kończy się wraz z pierwszym sezonem przyjmowania gości. W przypadku Wietorówki remont był szybki. Stopniowo przywracano funkcję mieszkalną i gościnną, cały czas szukając kompromisu między wygodą, kosztami i szacunkiem dla starej substancji.

Od domu do miejsca artystycznych spotkań

Podczas odkrywania dziejów okolicy właściciele natrafili na postać Hieronima Wietora – renesansowego drukarza pochodzącego z Lubomierza. Jego historia stała się inspiracją dla nazwy domu i całej identyfikacji miejsca.

– Jak znaleźliśmy w Lubomierzu taki fajny graficzny punkt zaczepienia w postaci Hieronima Wietora, stwierdziliśmy, że nazwiemy dom Wietorówka – mówią. Poszczególne pokoje otrzymały nazwy dawnych krojów pisma używanych przez drukarza.

Szyldy, które wykonywali jako infografikę dla domu stały się zaczynem współpracy kulturalnej z Lubomierzem. – Połączył nas z miastem widok z domu na klasztor i Wietor. Wykonywane jego renesansowymi krojami czcionek szyldy wiszą już w kilku punktach miasta, m.in. na Bibliotece i bramie ogrodów benedyktynek. To w całości działanie pro publico bono – mówi Marta. – Nasze szyldy stały się częścią prowadzonej od 14 lat rewitalizacji miejskich przestrzeni Lubomierza. Współpracujemy z architektem Krzysztofem Grześkowem i pracownią Grupa Rewizja, autorami wielu projektów rewitalizacji i remontów w mieście. To dzięki niemu mógł dojść do skutku projekt artystyczny „Sami Swoi”, zrealizowany we współpracy z fotografką Jolą Igielską. Udało nam się odnaleźć w okolicy osoby, które należały do pierwszych przesiedlonych na te tereny mieszkańców. Wystawa fotografii została zaprezentowana w zrewitalizowanych według projektu Grupy Rewizja ogrodach Domu Płócienników, czyli Muzeum Kargula i Pawlaka. Nie było to możliwe także bez współpracy z Lubomierskim Centrum Kultury – mówi Marta. - Od początku naszych działań towarzyszył nam Przemysław Pawlak – autor grafiki do wystawy „Sami Swoi” oraz rebrandingu logotypu Lubomierskiego Centrum Kultury. Dzięki tym projektom zakochał się w Lubomierzu. Kupił zabytkowy dom przysłupowy w okolicy i z ogromnym zaangażowaniem przywraca mu dawną świetność. To piękny przykład tego, jak działania kulturalne mogą inspirować do troski o lokalne dziedzictwo i architekturę – dodaje Marta.

Gospodarze Wietorówki nie spoczęli na laurach. Cały czas uczestniczą w działaniach kulturalnych w Lubomierzu, współpracują z lokalnymi twórcami i instytucjami przy wystawach oraz akcjach angażujących mieszkańców, np. Lubomierz na talerzu. W planach są kolejne, w których Lubomierz będzie tłem artystycznej działalności.

Dziś Marta i Przemek podkreślają, że największym skarbem nie są ani zabytkowe elementy budynku, ani odnalezione podczas remontu pamiątki, ale zawiązane tutaj więzi z lokalną społecznością. Czują się częścią gminy Lubomierz i chcą to podkreślać swoimi działaniami. Najpierw był dom, który trzeba było uratować. Potem pojawili się sąsiedzi, fachowcy, lokalni artyści, instytucje i mieszkańcy. Teraz wszystkich łączy miłość do tego miejsca.

Murator Remontuje #3: Pęknięta ściana, zalane sufity – jak to naprawić?
Materiał sponsorowany
Materiał sponsorowany
Murator Google News
Murowane starcie
Prawdziwa cegła czy imitacje? MUROWANE STARCIE