Wkład kominkowy to mimo wszystko nie kocioł – ma drzwi z szybą. By cieszyć się widokiem płomieni, trzeba dbać o jej czystość. Wiąże się to z koniecznością utrzymywania w komorze spalania temperatury 350°C, co jest możliwe przy dość intensywnym paleniu – z doprowadzeniem znacznej ilości powietrza. Drewno pali się wtedy szybko, a nie jest to korzystne, jeśli zależy nam na długotrwałym ogrzewaniu domu bez konieczności dokładania paliwa. W dodatku wytwarza się wtedy dużo ciepła, a przecież nie zawsze na dworze jest duży mróz i w domu robi się wtedy gorąco.
W praktyce ogranicza się dopływ powietrza do kominka, by spalanie było mniej intensywne. To z kolei oznacza niecałkowite spalanie, czego widocznym efektem jest brudzenie się szyby, a jednocześnie całego wkładu i komina, bo w dymie znajdują się niespalone cząstki smoliste. Nie są one obojętne dla zdrowia, więc stają pod znakiem zapytania ekologiczne walory kominka. Do tego w kominie w wyniku obniżenia temperatury spalin wykrapla się sporo pary wodnej, co prowadzi do zniszczenia muru.
Tak więc najlepiej jest, gdy kominek działa z mocą nominalną.Powinna ona być zatem dopasowana do najczęściej występującego (mniejszego od maksymalnego) zapotrzebowania na ciepło do ogrzewania. Jeżeli byłaby na tyle duża, by pokryć całkowite obliczeniowe (podane w projekcie) zapotrzebowanie na nią, przez większą część sezonu grzewczego konieczne byłoby jej ograniczanie, a to oznacza niezupełne spalanie.
Można się pogodzić z przegrzewaniem pomieszczeń, jednak jest to nie tylko niekomfortowe, ale przede wszystkim nieracjonalne – zużywa się więcej paliwa, a to podwyższa koszty eksploatacji. Dlatego lepiej kupić wkład o mniejszej mocy i gdy temperatura na zewnątrz spadnie znacznie poniżej zera, uruchamiać inne urządzenie grzewcze albo... trochę zmarznąć.