Mogą stracić mieszkania, w których żyją od lat. W gminie Lesznowola jest kryzys za kryzysem?

Deweloper zbudował bloki, ludzie się wprowadzili, a teraz urzędnicy podważają decyzje WZ, na podstawie których te mieszkania powstały. To tylko jeden z wielu negatywnych skutków tego, że podwarszawska gmina Lesznowola zabudowuje się nowymi osiedlami. Do listy problemów można też dopisać m.in. brak miejsc w szkołach i przedszkolach, problemy z rozbudową sieci dróg oraz kłopoty z odbiorem odpadów.

Dlaczego architekci powinni się ubezpieczać – Podcast Architektoniczny, Rożek Brokers Group

Nowa Iwiczna. Osiedle przy ul. Mleczarskiej osią urzędniczego sporu

Przy ul. Mleczarskiej w podwarszawskiej Nowej Iwicznej firma Trimeko od kilku lat realizuje osiedle Stacja Dom. Za jego projekt odpowiada pracownia PDV Architekci & Studio DWA. Złożony z 7 budynków kompleks jest już w znacznej mierze gotowy. Niestety, cztery z bloków − D, E, F i G − są dziś w kłopotach.

Jak informuje m.in. „Super Express”, urzędnicy nie są dziś zgodni co do tego, czy budynki powstały zgodnie z przepisami. Wybudowano je na mocy decyzji WZ, czyli popularnych „wuzetek”. Tymczasem Samorządowe Kolegium Odwoławcze stwierdziło, że na terenie gminy wciąż obowiązuje plan miejscowy z 2011 r., a zatem urzędnicy nie mieli prawa wydać owych decyzji WZ. Gmina się z tym nie zgadza i zamierza zaskarżyć decyzję SKO.

Konsekwencje tego sporu, rzecz jasna, spadają na mieszkańców. W gotowym już budynku G przerwano odbiory, przez co ludzie nie mogą wprowadzić się do kupionych mieszkań. Z kolei dla budynku D decyzja SKO oznaczała wstrzymanie wydawania pozwolenia na budowę. W największym strachu żyją mieszkańcy budynku E, zamieszkałego od 2022 r. Im w teorii może grozić utrata praw do mieszkań. Z balkonów zwisają transparenty: „270 rodzin w pułapce decyzji urzędników starostwa”, „starostwo chce nas wyrzucić z domów”. Sprawa może się ciągnąć latami.

Warszawa, format: Deweloper postawił domy na Mleczarskiej. Cofnięto mu pozwolenie na budowę
Autor: Dąbrowski Paweł / Super Express

To nie pierwszy problem z deweloperami. Była też blokada obwodnicy

Gmina Lesznowola, jak większość podwarszawskich gmin, przeżywa dziś dynamiczny rozwój. Jest to jednak przede wszystkim rozwój osiedli mieszkaniowych. Wyrastają one tuzinami, a liczba mieszkańców dynamicznie rośnie. W ciągu zaledwie dekady liczba mieszkańców wzrosła z 14 do 42 tys. ludzi. A to jeszcze nie koniec, gdyż deweloperzy budują dalej.

Gmina, która sama ich do tego zapraszała i wydawała pozwolenia, teraz desperacko próbuje nadążyć z rozwojem infrastruktury dla tych wszystkich osiedli. Przykładowo w kwietniu 2026 r. samorząd rozpisał przetarg na I etap budowy ulic Jaskółki i Gogolińskiej w Zgorzale – dziś przebiega tu droga gruntowa. Takich miejsc, gdzie szutrówki obsługują gęste nowe osiedla, jest na terenie gminy znacznie więcej.

Z tak gwałtownego rozwoju nieraz wynikają konflikty. W 2025 r., na ostatniej prostej przygotowań do budowy obwodnicy Lesznowoli, cały proces wstrzymały nagle odwołania dewelopera. Jedna z inwestujących w gminie firm twierdziła, że nie została poinformowana o wydaniu decyzji wodno-prawnej dla nowej drogi nr 721, która ma kolidować z planowaną przez dewelopera inwestycją. Ostatecznie wszystko się udało i w listopadzie 2025 r. wydana została decyzja ZRID dla wartej 350 mln zł obwodnicy.

Warszawa, format: Deweloper postawił domy na Mleczarskiej. Cofnięto mu pozwolenie na budowę
Autor: Dąbrowski Paweł / Super Express

Brak miejsc dla dzieci i przepełnione śmietniki. Co dalej, Lesznowolo?

Przez lata zaciągaliśmy zobowiązania – rozpraszając zabudowę, ignorując koszty infrastruktury, odkładając decyzje na później. Skoro ludzie chcą kupować domy na osiedlach łanowych, to trzeba im na to pozwolić. Każda działka domyślnie mogła zostać zabudowana – albo przez bloki, albo przez domy. Co z tego, że odległość do najbliższej szkoły liczono w kilometrach. A jedyna droga dojazdowa dla tysięcy potencjalnych mieszkańców w istocie była rolniczym traktem do pól. Koszty suburbanizacji wydawały się równie nierealne jak raty chwilówki. Jakoś się je przecież spłaci. Kiedyś

– pisał niedawno Artur Celiński, redaktor naczelny „Architektury-murator”, opisując problemy wynikające z nieopanowanej suburbanizacji.

I rzeczywiście, w gminie Lesznowola problemy te widać jak na dłoni. Bloki obsługiwane drogami gruntowymi i konflikty urzędników z deweloperami to tylko początek. Na przełomie 2025 i 2026 r. w wielu punktach gminy pojawiły się opóźnienia w odbiorze odpadów z domów oraz miejskich koszy. Jak donosiło Radio Dla Ciebie, nowa firma odpowiedzialna za to zadanie odbierała śmieci zbyt rzadko, gdyż traktowała obsługiwane osiedla jako zabudowę jednorodzinną, nie zaś wielorodzinną. Mieszkańcy skarżyli się też m.in. na zalegające miesiącami gabaryty. Trudno nie dostrzec w tych kłopotach skutku gwałtownego wzrostu liczby ludności.

W mediach głośno też było o pogłębiającym się problemie braku miejsc w szkołach i przedszkolach. Przykładowo 9 kwietnia 2026 r. rodzice niespodziewanie dowiedzieli się, że anulowano rekrutację do podstawówki w Zamieniu, co oznacza, że dzieci trzeba będzie dowozić do bardziej oddalonej placówki w Mysiadle. Dwa tygodnie później wójt Lesznowoli Marta Maciejak przekonywała radnych do poprawki w budżecie, która pozwoli wybudować nowe przedszkole przy ul. Arakowej w Zamieniu. Jest potrzebne „na wczoraj”, dlatego władze zakładają, że będzie to obiekt modułowy za 30 mln zł, który uda się wybudować już w przyszłym roku.

Cytowany już Artur Celiński zauważa, że gminy same ściągnęły sobie takie problemy na głowę przez brak planowania przestrzennego. Gdy masowo pozwalano deweloperom zabudowywać dawne pola, nikt nie zastanawiał się nad skutkami. Nikt nie myślał o tym, jak dojadą do pracy setki nowych mieszkańców i gdzie będą się uczyć ich dzieci. Teraz samorządowe władze dwoją się i troją, próbując zaradzić konsekwencjom własnych decyzji sprzed lat.

Ktoś powie: wolny rynek, nikt ludziom tam mieszkać nie każe. Tyle że wolny rynek bez planowania przestrzennego kończy się właśnie tak, jak w gminie Lesznowola. Ludzie zamieszkują tam, bo jest taniej niż w Warszawie – to zrozumiałe. Ale gdyby urzędnicy zrobili, co do nich należy, nowi mieszkańcy wprowadzaliby się na osiedla z dobrym dojazdem, dostępem do transportu publicznego, szkołami, parkami. Zamiast tego zamieszkują w szczerym polu i wożą dzieci do odległych szkół po kurzących szutrówkach. Tracą czas, generują korki, przeciążają lokalne urzędy i placówki edukacyjne. A potem płacą podatki, które są natychmiast wydawane na „gaszenie pożarów” takich jak niewydolne drogi i przepełnione szkoły. Gdzie tu sens, gdzie logika? Widać tylko logikę doraźnego zysku.

Podcast Architektoniczny
Maciej Kowalczyk: Kultura konkursów architektonicznych w Polsce. A także jej brak
Architektura Murator Google News