Dom nie czuł się bezpiecznie, więc przeniósł się kilka przecznic dalej. Niezwykła historia z Bogatyni

To opowieść o miłości do miejsca i determinacji w walce o jego zachowanie. Pokazuje siłę przywiązania trzypokoleniowej rodziny do domu, będącego świadkiem historii ich życia. Budynek zniszczony w 2010 r. przez powódź błyskawiczną w Bogatyni został element po elemencie przeniesiony w bezpieczne miejsce, gdzie rozpoczął jak gdyby nigdy nic nowe życie.

Do 7 sierpnia 2010 r. życie w domu przy ul. Listopadowej 15 w Bogatyni toczyło się normalnie jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Budynek stał tuż nad brzegiem rzeki Miedzianki. Był typowym dla miasta budynkiem piętrowym o konstrukcji przysłupowo-zrębowo-ryglowej z wypełnieniem szachulcowym. Na parterze znajdowała się charakterystyczna izba zrębowa, sień oraz pomieszczenia gospodarcze. Izbę zrębową okalała konstrukcja przysłupowa, na której wspierały się ryglowe ściany piętra i dach. Dom należał do dziadków Beniamina Ziobro, tradycyjnego stolarza i cieśli, którego obecne zajęcie to efekt ciągu zdarzeń, które nadeszły nieoczekiwanie po tragicznych dla Bogatyni godzinach latem 2010 r.

Dom jęczał i wzdychał

Kiedy 7 sierpnia 2010 r. w godzinach południowych przeszła przez Bogatynię fala powodziowa, woda w domu przy ul. Listopadowej sięgała pierwszego piętra. Budynek przetrwał uderzenie wezbranej rzeki i po jej opadnięciu udało się go wysprzątać. Mieszkańcy mieli nadzieję, że będzie można go po wyremontować. Inspektorat budowlany zezwolił na dalsze użytkowanie.

Pierwsza ekspertyza wskazywała na możliwość remontu, ale dom jednak „strasznie trzeszczał”, jakby stękał i wzdychał jak wspomina Beniamin Ziobro – Dom powoli wysychał, więc wydawało nam się, że te wszystkie odgłosy wynikają właśnie z tego powodu. Wkrótce okazało się jednak, że przyczyna leżała poza domem – wspomina Ziobro. Grunt wokół domu został bardzo osłabiony przez wodę powodziową, a sam budynek znajdował się w wyjątkowo trudnym położeniu: między rzeką a drogą, która przebiegała niespełna dwa metry od ściany i była usytuowana wyżej niż dom. I to właśnie od strony drogi przyszło zniszczenie.

– Wiosną, w drodze, około 4 metry od domu zapadła się kostka. Pod nawierzchnią powstała ogromna pustka – około metr na metr i metr głębokości. Zaraz potem dom zaczął się dosłownie rozchodzić. Nadzór budowlany przyklejał takie specjalne szkiełka pomiarowe, których pęknięcia były dowodem, że dom się rozpada – wspomina Beniamin Ziobro. – To przesądziło o przeznaczeniu budynku do rozbiórki. My jednak wcale nie chcieliśmy go wyburzać, był dla nas zbyt cenny – dodaje Beniamin Ziobro.

Wyburzcie i postawcie nowy dom? Zdecydowali inaczej

Dla wielu osób byłby to koniec historii. Budynek uszkodzony przez powódź, położony w niebezpiecznym miejscu, z decyzją o rozbiórce – wszystko wskazywało na to, że należy go usunąć i zbudować nowy dom.

Rodzina Mogilnickich nie chciała się jednak na to zgodzić. Zamiast rozbiórki wybrała translokację, czyli rozebranie domu, przeniesienie zachowanych elementów i odtworzenie budynku w nowej lokalizacji. Nie była to prosta decyzja. Właściciele musieli przejść przez długi ciąg formalności, uzyskać zgody, zmienić sposób myślenia urzędników i udowodnić, że przeniesienie domu ma sens.

– Byliśmy w urzędach praktycznie w każdym tygodniu. Urzędnicy nie wiedzieli, o co nam chodzi. Jest decyzja o wyburzeniu, to wyburzcie, postawcie sobie nowy dom. Byliśmy jednak uparci i to się w końcu opłaciło – mówi Beniamin Ziobro.

Ten „prawny maraton” trwał około dwóch lat od powodzi. W międzyczasie budynek został wpisany do rejestru zabytków. Trzeba było zmienić pierwotne założenia, uzyskać zgodę na rozbiórkę konserwatorską, przygotować projekty rozbiórki i odbudowy, a także znaleźć nowe miejsce dla domu. To ostatnie nie okazało się jednak olbrzymim problemem.

Uratowany dom przysłupowy w Bogatyni - przenosiny znad rzeki na bezpieczne wzgórze
Autor: FB/Domy przysłupowe - Elżbieta Lech-Gotthardt/ Materiały prasowe Uratowany dom przysłupowy w Bogatyni - przenosiny znad rzeki na bezpieczne wzgórze

Nowa działka na wzniesieniu, druga szansa dla domu

Przenosiny umożliwiła zamiana działek z Urzędem Miasta i Gminy w Bogatyni. Gmina oferowała taką możliwość mieszkańcom, których domy po powodzi zakwalifikowano do rozbiórki. Spośród zaproponowanych gruntów właściciele wybrali działkę przy ul. Słowackiego 7.

Nowa lokalizacja była bezpieczniejsza. Działka leżała na wzniesieniu i w oddaleniu od rzeki Miedzianki. Dom miał pokonać tylko kilkaset metrów, ale w praktyce była to bardzo skomplikowana operacja. W jej trakcie nawet wyjechał za granicę Polski, co prawda niedaleko, ale było to związane z całym żmudnym i długotrwałym procesem demontażu i rekonstrukcji na nowej działce.

Właściciele przeznaczyli na translokację i rewitalizację wszystkie środki, jakie otrzymali na odbudowę domu z pomocy rządowej dla powodzian. Mieli też odszkodowanie z firmy ubezpieczeniowej. Łącznie dawało to poważny budżet, ale nie zmieniało faktu, że przeniesienie zabytkowego domu było przedsięwzięciem trudnym organizacyjnie i obarczonym ryzykiem. Prace musiały być prowadzone pod nadzorem konserwatora zabytków.

Wszystkie działania wspierała pani Elżbieta Lech-Gotthardt, przedsiębiorczyni ze Zgorzelca, która jest dobrym duchem wszystkich przedsięwzięć, które przyczyniają się do ochrony dziedzictwa kulturowego historycznych Łużyc i terenów sąsiednich. To dzięki jej radom i pomocy udało się rodzinie Mogilnickich m.in. przejść przez urzędnicze procedury.

Rozbiórka po kawałku. Cieśle się napracowali

Zanim do pracy przystąpili profesjonalni cieśle, rodzina sama przystąpiła do rozbiórki budynku. – Rozebraliśmy dom z grubsza sami. To trwało około miesiąca. Sam ściągałem podłogi i sufity – wspomina Beniamin Ziobro. W ten sposób po zdemontowaniu elementów wykończeniowych pozostał na miejscu niemal tylko szkielet drewniany budynku. Wszystko, co mogło zostać wykorzystane ponownie, zachowano. – Teraz może zachowalibyśmy więcej, ale wtedy nie mieliśmy takiej wiedzy. Wyrzuciliśmy całą glinę z tego starego domu i jeszcze zapłaciliśmy z jej wywóz. Potem przy wykopie w nowym miejscu także wywieźliśmy mnóstwo gliny, a następnie kupowaliśmy glinę do wypełnień – wspomina Ziobro. – Dzisiaj już zachowałbym każdy kilogram gliny, bo wiem, że to cenny budulec, w pełni nadający się do powtórnego użytku - dodaje.

Szkielet domu był już domeną profesjonalnych cieśli. Kolejne etapy wykonywała firma ciesielska Uwe Siegerta z Herrnhut pod Żytawą (Zittau) w Niemczech. Wcześniej zajmowali się remontem innego budynku w Bogatyni zwanego „Domem Zegarmistrza”. To wykonawca, który już wówczas miał bardzo duże doświadczenie w pracy przy domach przysłupowych. Demontaż polegał na usunięciu wszystkich złączy ciesielskich ścian szachulcowych, belek stropowych, konstrukcji dachu i ścian zrębowych. Trzeba to było robić bardzo delikatnie, żeby nie uszkodzić żadnego z zachowanych elementów. Cieśle wybijali drewniane kołki tam, gdzie było to możliwe, a w pozostałych miejscach musieli rozwiercać połączenia, co wcale nie było łatwe, bo drewno okazało się wyjątkowo twarde. Po zdjęciu każdej belki otrzymywała ona oznaczenia, tak aby można było zidentyfikować jej położenie w budynku i to, z jakimi elementami i w jakich miejscach była połączona z innymi. 

– Sama rozbiórka konstrukcji trwała zaledwie kilka dni. Później elementy przewieziono do warsztatu w Niemczech, gdzie były konserwowane, naprawiane i uzupełniane. To, czego nie dało się uratować, trzeba było dorobić – opowiada Ziobro.

Nowe fundamenty, stara konstrukcja

Odbudowa na nowej działce rozpoczęła się w 2012 r. Budynek został posadowiony już w nowej technologii, dostosowanej do dzisiejszych wymagań, choć jego historyczna konstrukcja miała wrócić na swoje miejsce. 

W marcu ruszyły prace fundamentowe. Najpierw wykonano współczesne fundamenty żelbetowe i pełne podpiwniczenie z bloczków betonowych. 

W tym samym czasie trwała rozbiórka starego domu. Konstrukcja wróciła z warsztatu ciesielskiego w Niemczech latem. W lipcu i sierpniu rozpoczęto jej ponowny montaż. We wrześniu dom miał już dach, a przed zimą zakończono wypełnienia ścian. – W tym roku jeszcze nie było okien i drzwi, ale widok już cieszył serce, szczególnie dziadków, dla których był on całym życiem – wspomina Beniamin Ziobro.

Był to moment przełomowy. Budynek, który miał zostać rozebrany, ponownie stanął – kawałek dalej od miejsca pierwotnej budowy.

Nie wszystko jednak przebiegło idealnie. Z dzisiejszej perspektywy Beniamin Ziobro ocenia, że pewne prace można było wykonać inaczej. Szczególnie dotyczyło to wypełnień szachulcowych. Zastosowano wtedy nowoczesny produkt przeznaczony do renowacji budynków szachulcowych, ale po latach okazało się, że lepszym rozwiązaniem byłaby tradycyjna glina.

– Z dzisiejszej perspektywy ja takiego preparatu drugi raz bym nie użył, tylko glinę – mówi. – Teraz zresztą jest o wiele łatwiej i o materiały, i o znających się na rzeczy fachowców z branży tradycyjnego budownictwa. Wtedy, gdy odbudowywaliśmy dom, nie można było znaleźć tutaj nikogo – wspomina Ziobro

Przy zabytkowych domach drewnianych technologia „nowoczesna” nie zawsze oznacza najlepszą. Często bezpieczniejsze i trwalsze okazują się rozwiązania tradycyjne, sprawdzone przez pokolenia, chociaż obecnie nie tak powszechne w użyciu.

Dom przysłupowy w Bogatyni po translokacji - stan z 2013 r.
Autor: FB/Domy przysłupowe - Elżbieta Lech-Gotthardt/ Materiały prasowe Dom przysłupowy w Bogatyni po translokacji - stan z 2013 r.

Co zachowano w przeniesionym domu?

Podczas odbudowy starano się zachować charakter i układ budynku, choć dom został dostosowany do współczesnego życia.

Izba zrębowa pozostała jednym dużym pomieszczeniem. Dziś pełni funkcję kuchni z jadalnią. Jest tu także tradycyjny kuchenny piec kaflowy. Na piętrze utrzymano dawny układ wnętrz, ale jeden mały pokój przeznaczono na łazienkę, a duże pomieszczenie nad izbą zrębową podzielono na dwa mniejsze.

Wewnątrz pozostawiono ściany szachulcowe. Zmieniła się natomiast wysokość pomieszczeń – zarówno parter, jak i piętro zostały podniesione. Jak przyznaje rozmówca, dziś być może zdecydowałby się na mniejszą zmianę wysokości, bo w efekcie parapety na piętrze wyszły dość wysoko.

Szczególną uwagę poświęcono stolarce. Dwa oryginalne okna skrzynkowe z dawnego domu z profilowanymi opaskami i snycersko opracowanymi parapetami udało się zachować i ponownie wykorzystać. Były zamurowane, dzięki czemu przetrwały w dobrym stanie. Pozostałe okna wykonano na ich wzór. – Dom zyskał przez to na wyglądzie, bo wcześniej nie miał oryginalnych okien, które wiele lat wcześniej zostały wymienione na nowsze – mówił Ziobro. – Od wewnątrz dodano w każdym oknie skrzydło z szybą zespoloną, by poprawić izolacyjność, ale nie zniszczyć wyglądu dawnych okien i elewacji – dodaje.

– Wszystko, co się dało odzyskać, jest wykorzystane w wyremontowanym domu. Stara podłoga na przykład jest na strychu, jeszcze raz ją strugaliśmy i znowu jest w domu – opowiada Beniamin Ziobro. 

Dziadkowie – między starym domem a domkiem holenderskim

Przenosiny były nie tylko przedsięwzięciem budowlanym. Były też trudnym doświadczeniem dla mieszkańców.

Dziadkowie Beniamina Ziobry mieszkali w starym domu tak długo, jak tylko się dało – nawet wtedy, gdy zapadły już decyzje o rozbiórce. To ich zdanie było dla rodziny kluczowe. To oni musieli zaakceptować pomysł przeniesienia domu i późniejsze życie w nowym miejscu.

Kiedy stary budynek przestał nadawać się do zamieszkania, rodzina kupiła domek holenderski. Dziadkowie zamieszkali w nim na nowej działce, pilnując budowy i czekając na moment, kiedy będą mogli wrócić do swojego domu – już odtworzonego na nowym miejscu.

Najpierw wykończono pokoje właśnie dla nich. Reszta rodziny wprowadziła się później, dopiero w 2014 r. Od tego czasu dom jest normalnie użytkowany. Dodatkowo urządzone zostały pokoje, które są wynajmowane dla turystów. 

Dom nazwano „Wędrowcem”

Po translokacji budynek zyskał symboliczną nazwę – „Wędrowiec”. Nie przeszedł dalekiej drogi, bo tylko kilkaset metrów, ale była to droga wyjątkowa. Z miejsca zagrożonego przez rzekę i niestabilny grunt trafił na bezpieczną działkę.

Dziś jest jednym z najbardziej znanych przykładów ratowania domów przysłupowych w Bogatyni. Jego historia pokazuje, że translokacja może być alternatywą dla rozbiórki, jeśli właściciele mają determinację, fundusze, wsparcie specjalistów i gotowość do zmierzenia się z trudnymi procedurami.

Dom jest także udostępniany do zwiedzania podczas Dni Otwartych Domów Przysłupowych. Stał się więc nie tylko prywatnym miejscem życia rodziny, ale także opowieścią o lokalnym dziedzictwie.

Nieoczekiwany finał – od ratowania domu do własnej stolarni

Historia domu miała jeszcze jeden, nieplanowany skutek. Prace remontowe stały się dla Beniamina Ziobry początkiem nowej drogi zawodowej.

Podczas wykańczania budynku okazało się, że trudno znaleźć wykonawców, którzy rozumieliby specyfikę dawnych drewnianych domów. Jednym z problemów były stropy i tradycyjne sufity. Beniamin Ziobro objechał stolarnie i tartaki w promieniu ponad 100 km od Bogatyni, pokazując stare deski i tłumacząc, jaki efekt chce uzyskać. Nie znalazł jednak fachowca, który podjąłby się pracy.

– Nie mogłem znaleźć nikogo, kto by nam to wykonał. Żaden stolarz z okolicznych stolarni nie wiedział, o co chodzi z tym sufitem. Przyjeżdżałem z deskami ściągniętymi, z gotowcem sufitu i tłumaczyłem, jak to powinno być zrobione i wyglądać. Nie znaleźliśmy wykonawcy, więc wykonałem te sufity sam – wspomina.

To doświadczenie okazało się przełomowe. Praca przy własnym domu dała mu praktyczne umiejętności i specjalistyczną wiedzę, której brakowało na lokalnym rynku. Z czasem zaczął wykonywać podobne elementy w innych domach w Bogatyni i okolicach.

Dziś Beniamin Ziobro prowadzi własną stolarnię w Pisarzowicach. Firma rozwija się od około dekady, a jej początki są bezpośrednio związane z ratowaniem rodzinnego domu po powodzi.

Murator Remontuje #3: Sztukateria – montaż krok po kroku
Materiał sponsorowany
Murator Google News
Murowane starcie
Dom – szkieletowy czy z bali litych? MUROWANE STARCIE

Zobacz także: Kasia i Jacek poświęcili 17 lat na uratowanie ruiny w Kowarach. Nazywają dom pieszczotliwie "chatką"