Spis treści
- Nowoczesność, która nie wystarcza
- Dom w maleńkiej, "ślepej" wsi
- Misja remontowa: przywrócić dawny blask
- Wnętrza - autentyczność ponad perfekcję
- Kaflowe piece. To one stanowią serce tego domu
- Najtrudniejsze zadanie. Aranżacja 100-letnich łazienek
- Remont, który odmienił właścicieli
- Metamorfoza Ewy i Krzysztofa. Zobacz zdjęcia
Nowoczesność, która nie wystarcza
Ewa (ig: dom_pod_krolikiem) przez wiele lat pracowała w sektorze wnętrzarsko-meblarskim. Swoje wrocławskie mieszkanie urządziła w minimalistycznym duchu, stawiając na nowoczesne formy, które na każdym kroku „wołały o uwagę”. Jej mąż Krzysztof, również początkowo związany z branżą wnętrzarską, podzielał te same upodobania.
Zmiana przyszła niespodziewanie – podczas sylwestra spędzonego w niemal 200-letnim domu znajomych w Świeradowie-Zdroju.
Kiedy weszłam do środka, poczułam niesamowity spokój. Ten dom mnie otulił – opowiada Ewa. Odżyły w niej wówczas wspomnienia z dzieciństwa, spędzanego u dziadków w wiejskim domostwie pod lasem. Pojęła, że miłość do takich miejsc nosiła w sobie od zawsze.
Śmierć rodziców, którzy zawsze odkładali swoje plany "na później" i znalezienie w piwnicy taty kartonu z napisem "Na wieś dla Ewki", stały się dla niej impulsem do działania.
Zrozumiałam, że nie warto czekać. Postanowiłam spełnić swoje marzenie o posiadłości na wsi.
Dom w maleńkiej, "ślepej" wsi
Ewa przez kilka lat przeglądała oferty, jeździła z mężem na oględziny, ale żaden budynek nie spełniał jej bardzo konkretnych kryteriów: cegła, stodoła, bliskość lasu i – co najważniejsze – jak najmniejszy ślad po współczesnych "poprawkach".
Pewnej nocy, przeglądając popularny portal internetowy, natknęła się na ogłoszenie, które sprawiło, że jej serce zabiło mocniej.
– Obudziłam Krzyśka i powiedziałam: "Kupimy ten dom". On na to sceptycznie odparł, że przecież go nie widzieliśmy, a tam może być milion rzeczy "nie tak". Jednak ja wiedziałam, że to właśnie ten jedyny – wspomina z uśmiechem.
Posiadłość znajdowała się w maleńkiej miejscowości w powiecie trzebnickim – jednej z tych "ślepych" (nieprzelotowych) wsi na przedpolu Doliny Baryczy.
i
Budynek z zewnątrz wyglądał dokładnie tak, jak Ewa sobie wyobrażała – i jednocześnie tak, jak wielu odstraszyłby od razu. Skromna bryła z końca XIX/ początku XX wieku, typowe poniemieckie siedlisko rolnicze. Czerwona, odkryta cegła, miejscami już mocno spłowiała i popękana fuga. Dach kryty dachówką – nową, bo około 30-letnią, ale oryginalna konstrukcja krokwiowa została nienaruszona.
Jak przyznaje właścicielka, okna były estetycznym koszmarem: plastikowe, białe, wiele modeli, w różnych rozmiarach, najwyraźniej wstawiane partiami z demobilu i remontów bloków. Główne wejście od strony ulicy pozostawało zamurowane od lat – wszyscy chodzili dookoła domu, ponieważ niegdyś północne wiatry i zamiecie wymusiły takie rozwiązanie.
Im bardziej siedlisko mogło wydawać się "wybrakowane" w oczach przeciętnego kupującego, tym bardziej mnie zachwycało – mówi Ewa. – Wiedziałam, że nie będziemy musieli nic burzyć. Wystarczy cofnąć czas, zdjąć to, co dołożone i pozwolić cegle oddychać.
Misja remontowa: przywrócić dawny blask
Dom, którego remont rozpoczęli Ewa i Krzysztof, to przykład oszczędnego budownictwa. Trzy grube ściany (niemal 50 cm) nie wymagały ocieplenia, natomiast czwarta, zachodnia, była cieńsza. Tam, gdzie słońce dogrzewało budynek, Niemcy zwyczajnie wznosili cieńsze mury.
Małżeństwo, z pełnym szacunkiem do historii, nie zdecydowało się obłożone domu styropianem, pozostawiając jego oryginalną strukturę nienaruszoną. Jednak z perspektywy czasu żałują, że nie ocieplili cieńszej części murów od wewnątrz.
Zachowano zastosowany przez budowniczych system wentylacyjny. Mury są zbudowane w taki sposób, że między dwiema warstwami cegieł znajduje się przestrzeń. Dzięki temu powietrze może swobodnie cyrkulować w ścianach, co zapobiega gromadzeniu się wilgoci wewnątrz muru. Co więcej, w czterech rogach budynku znajdują się u podstaw specjalne otwory (tzw. brakująca cegła), a to umożliwia swobodny przepływ powietrza i zapewnia odpowiednią wentylację.
Największe zmiany na zewnątrz dotknęły stolarkę okienną. Ewa skrupulatnie fotografowała okna w okolicznych budynkach, aby wiernie je odwzorować u siebie.
- Ostatnią istotnym punktem na zewnątrz było otwarcie nieużywanego przez wiele lat wejścia od strony ulicy. Dodaliśmy tam drewniany ganek, co wprowadziło dużą wizualną różnicę.
i
Wnętrza - autentyczność ponad perfekcję
To, co dodatkowo przekonało Ewę do zakupu, to kilka wewnętrznych detali, które wyróżniały dom na tle innych ogłoszeń.
– Dwie pary skrzydeł miały witrażowe szybki w ołowianych ramach – kolorowe szkiełka, które przetrwały ponad sto lat – opowiada. – Witraż był też w jednym ze ślepych okien od strony ulicy. To właśnie ta drobna, nieoczywista ozdoba sprawiła, że prosty rolniczy dom stał się dla mnie niezwykły.
Wnętrza są pełne mozolnie zbieranych i odnawianych przedmiotów z drugiej ręki – Ewa i Krzysztof przez lata przeszukiwali targi staroci i internetowe aukcje, wypatrując rzeczy, które mają duszę i pasują do charakteru budynku.
Podłogi to w większości sezonowana przez 3–4 miesiące w domu sosna – kupiona półsucha, rozłożona w docelowych pomieszczeniach, aby dostosowała się do wilgotności budynku.
– To była porada naszego fachowca, pana Wiesława z Laskowej – stolarza z dziada, pradziada – opowiada Ewa. – Dzięki temu zabiegowi drewno w późniejszym okresie nie pracuje i nie pęka. A różnica w cenie między półsuchym a suchym materiałem jest ogromna. Pan Wiesław to człowiek, bez którego nasz dom nie wyglądałby tak, jak chcieliśmy. Odtwarzał starymi metodami stolarskimi wszystkie elementy, zbudował schody, przeprowadzał renowację starych drzwi, żeby spełniały współczesne normy szczelności, a wyglądały jak sto lat temu.
Przeczytaj także: Po domu latały ptaki, skakał szympans, dzikie koty. Warszawska willa Pod Zwariowaną Gwiazdą, dom dyrektora ZOO
Kaflowe piece. To one stanowią serce tego domu
W kuchni i salonie stoją dwa kaflowe piece – to one definiują wnętrza, nadając im ciepło i niepowtarzalny klimat, którego nie zastąpi żaden nowoczesny system ogrzewania.
W przestrzeni kuchennej znajduje się biała kuchnia kaflowa, która zastąpiła zastaną w budynku metalową westfalkę na nóżkach. Ewa od zawsze marzyła o tradycyjnej, murowanej od ziemi kuchni z białych kafli, podobnej do tej, którą pamięta z domu babci. Poszukiwania pieca trwały dwa lata. W końcu udało się znaleźć odpowiedni egzemplarz z drugiej ręki w Sosnowcu. Właścicielka z mężem samodzielnie go rozebrali, przewieźli do domu i przechowywali w stodole, czekając na termin do zduna. Kiedy piec w końcu został złożony, spełnił wszystkie oczekiwania – miał piękne haczyki do suszenia grzybów i wnętrze wykonane z cegieł szamotowych (ogniotrwały materiał).
W trakcie remontu salonu Ewa nieustannie przeglądała inspiracje aranżacyjne, w których wciąż powracał okrągły, skandynawski piec - jego zdobycie stało się wielkim celem właścicielki. Niestety ceny tego rodzaju rozwiązań były wówczas astronomiczne – dochodziły do 60 tysięcy złotych za same kafle. Zakochana w skandynawskim stylu Ewa, szybko doszła do wniosku, że trzeba zejść na ziemię i znaleźć inny, ekonomiczny zamiennik.
W przeddzień planowanego wyjazdu po prostokątny piec z 1926 roku natknęła się na popularnym serwisie internetowym na ogłoszenie: ponadstuletni norweski model, już rozebrany, w dobrym stanie i w cenie zaledwie kilku tysięcy złotych. Uznała to za wyraźny znak i szybko go nabyła.
Niestety po zakupie okazało się, że piec jest niekompletny. Złożony z kilku różnych egzemplarzy, nie nadawał się do postawienia w narożniku salonu, jak początkowo planowano. Zdun zaproponował jednak satysfakcjonujące rozwiązanie – obniżenie wysokości, przesunięcie równolegle do ściany i zamaskowanie brakujących kafli. Choć piec jest płytszy i niższy niż pierwotnie zakładano, jego wygląd wciąż zachwyca.
Oba piece kaflowe pełnią funkcję grzewczą głównie w sezonie zimowym, jednak głównym źródłem ogrzewania jest ukryty piec gazowy.
i
Najtrudniejsze zadanie. Aranżacja 100-letnich łazienek
Odtworzenie łazienek, na wzór bogatszych domów sprzed stu lat (w prostych wiejskich domach zazwyczaj funkcjonowały zewnętrzne ustępy) było nie lada wyzwaniem. Dla Ewy i Krzysztofa najcięższym zadaniem okazało się znalezienie ceramiki sanitarnej i armatury. Finalnie w gościnnej łazience stanęła przepiękna, brytyjska umywalka na metalowym stelażu, a aranżację przestrzeni WC na parterze dopełniła toaleta z malowanym ręcznie górnopłukiem. Z kolei głównym punktem gościnnej łazienki na pietrze jest wolnostojąca niebieska wanna.
Właściciele, nie poszli na ustępstwa. Każdy syfon został wykonany na zamówienie przez hydraulika z miedzianych rurek, by pasował do oryginalnych elementów. To samo dotyczyło pozostałego wyposażenia – w tym m.in. płytek, które mają spękaną powierzchnię, ale idealnie wpisały się w charakter starych łazienek.
i
Remont, który odmienił właścicieli
Metamorfoza dolnośląskiej posiadłości to nie tylko remont domu, ale prawdziwa przemiana życia małżeństwa. Krzysztof, miłośnik wielkomiejskiego życia, który początkowo był sceptycznie nastawiony do przeprowadzki na wieś, dziś z dumą pełni funkcję sołtysa. Jego rola w metamorfozie jest nieoceniona, jak przyznaje Ewa, ona była tylko wizjonerką, a wszystkie plany i koncepcje jej mąż.
Posiadłość, znana jako „Dom pod królikiem”, zyskała miano wizytówki wsi. To miejsce, które przyciąga uwagę nie tylko wnętrzami, ale także swoimi mieszkańcami. Żyje tu jedenaścioro zwierząt – w tym psy, koty, króliki i gęsi - większość z nich została uratowana z interwencji. Króliki, które stały się symbolem siedliska, reagują na swoje imiona, a w lecie biegają swobodnie po ogrodzie i często wygrzewają się na tarasie.
Metamorfoza Ewy i Krzysztofa. Zobacz zdjęcia
Zobacz również: "Dom nie zachwycił nas od razu" - przyznają właściciele siedliska. Metamorfoza poniemieckiego domu na Mazurach