W pewnym momencie mieszkańcy, architekt i redaktorka, musieli stawić czoła faktowi, że dotychczasowe lokum jest zbyt małe, choć starannie zaprojektowane mieszkanie nie dawało szans na jeszcze lepsze zagospodarowanie przestrzeni. Decyzję należało podjąć natychmiast, a warszawski rynek nieruchomości wcale jej nie ułatwiał. Wtedy pojawili się dobrzy znajomi z nietypową propozycją: ich odziedziczone po mamie mieszkanie w centrum Warszawy stało puste. Nie można go było wynająć, bo wymagało remontu, ani sprzedać (ze względów prawnych).
– Jeśli je wyremontujecie, możecie w nim mieszkać przez półtora roku – zaproponowali. Szaleństwo? Tak, ktoś rozsądny spłacałby w tym czasie kolejne raty kredytu. My byliśmy jednak zachwyceni perspektywą powiększenia przestrzeni życiowej bez większych kosztówi od zaraz. Dostaliśmy w swoje ręce piękne, wysokie wnętrze w przedwojennej kamienicy, nieco tylko przysłonięte warstwą patyny.
Minimum wydatków
Dano nam pełną swobodę przy wprowadzaniu zmian, właścicielom nie zależało też na zachowaniu mebli – intrygującej mieszaniny stylów i epok. Osią mieszkania o powierzchni 85 m2 jest długi korytarz zakończony dwiema małymi łazienkami. Z jego południowej strony znajduje się duży salon połączony szerokimi drzwiami z sypialnią; z drugiej są trzeci mniejszy pokój i obszerna kuchnia.
Zakładając niski budżet, na poziomie 10 000 zł, wiedzieliśmy, że nie zdołamy wyremontować kuchni i łazienki. Wykończone płytkami zdobywanymi z mozołem w latach 80. przedstawiały raczej ponury widok, ale postanowiliśmy je polubić. Całe wnętrze nosiło wyraźne piętno zamiłowania poprzedniego właściciela do „nowoczesności”. Zdecydował się on nawet zerwać stare dębowe klepki i zamienić je na szarą biurową wykładzinę. Tutaj nie mieliśmy wątpliwości – zniszczone monstrum musiało zniknąć z podłogi. Zastanawialiśmy się tylko, czym je zastąpić. Rozsądek podpowiadał tanie panele, ale wewnętrzny głos sprzeciwu kazał szukać dalej.
Pomysł białej podłogi wracał jak bumerang. Znamy ją z wielu publikacji, Darek z własnej praktyki projektowej. Tu jednak nie mogło być mowy o wylewaniu specjalnego betonu ani żywicy. Nie po raz pierwszy sprawdziła się zasada, że lepiej zatrudnić sprawdzonego niż – najtańszego nawet – anonimowego wykonawcę. Pan Andrzej, który nieraz współpracował już z Darkiem i który nie zna powiedzenia: „Nie da się”, podpowiedział nam rozwiązanie na skróty: zamiast myśleć o nowej wylewce, wystarczy starą uzupełnić szpachlą do posadzek. Gładką powierzchnię pomalowaliśmy dwuskładnikową farbą firmy Beckers, stosowaną zwykle na podłogach pomieszczeń gospodarczych. Efektownie błyszczy i choć nie jest zbyt trwała (to, co trwałe, jest zwykle droższe), to malowanie można co jakiś czas powtórzyć albo potraktować taką bazę jako wstęp do ułożenia parkietu w przyszłości.