W mieszkaniu, które jest konsekwentnie czarno-białe, nie ma miejsca na niepewność. Wydawałoby się więc, że nie znajdziemy tu grama kompromisu.
Przykład? Pierwszy z brzegu (mieszkania): front szafy tworzy szereg prostokątnych drzwi, bez żadnych ornamentów (funkcję uchwytów pełnią skórzane paski, wystające niczym tasiemki – zakładki spomiędzy stron kalendarzy). Mebel wtapia się w ścianę; biel i równy rytm drzwi oraz to, że wyrastają one z drewnianej podłogi, stanowią jego kamuflaż. Pan domu odnosił się do tego pomysłu z rezerwą. Sugerował, by szereg drzwi kończył się ciut przed oknem. Wtedy on wymości sobie przytulisko w tym zakątku. Fotel, a nad nim lampka – sprawiają, że stanie się milej.
W drodze kompromisu przyjęli koncepcję, ze szafa będzie… do samego okna. Za to na jej drzwiach naklei się rzepy, a do rzepów przyczepi się poduszki. W ten sposób przestrzeń pozostanie czysta. W miarę.
Przedstawień twórczej lapidarności (lapidarnej twórczości?) znajdziemy tu więcej. Do plakatów przytuliły się szorstkie punkowe biuletyny z tekstami Dezertera. Na półce przy wejściu ktoś położył powieść Macieja Malickiego, który pisuje teksty z kluczem i zawsze stawia kropkę we właściwym miejscu.
Na pustym tarasie, który jest większy niż mieszkanie, pani domu patrzy na rośliny wyrastające spomiędzy gresowych kafli. Gasząc papierosa, mój, ze te płyty z początku wzbudzały w niej uczucie obrzydzenia, ale samosiejki w fugach uratowały sytuację. Domownicy lubią jadać tu śniadania. Chciałoby się posiedzieć z nimi dłużej. Przynajmniej do kolejnej wiosny.